Wiadomości z Ostrowca Świętokrzyskiego

Powrót2001-08-13

Nagła śmierć ratownika

      W piątek, kilku zbulwersowanych mieszkańców Waśniowa powiadomiło nas o nagłej śmierci 37-letniego ochotnika straży pożarnej, który od początku akcji powodziowej pomagał w ratowaniu i zabezpieczaniu mienia powodzian. Zdaniem interweniujących strażak żyłby, gdyby udzielono mu w porę pomocy. -Przeżyliśmy wraz z rodziną prawdziwy horror - opowiadali nasi rozmówcy.


    Kiedy po godz. 17. wrócił do domu już czuł się bardzo źle. Przypisywano to jednak zmęczeniu i wyczerpaniu. Tuż przed godz. 19. wszedł do łazienki i tam upadł bez przytomności. Nikt nie był w stanie rozpocząć reanimacji. Byliśmy bezsilni.


    Mimo kilku telefonów do ostrowieckiego pogotowia karetka nie nadjeżdżała. Minuty dłużyły się oczekującym w nieskończoność. Ktoś próbował nawet przywieźć pielęgniarkę pracującą w ośrodku zdrowia. Wreszcie, po około pół godzinie od pierwszego telefonu pogotowie nadjechało, ale nie z Ostrowca lecz z Nowej Słupi, w dodatku bez włączonego sygnału, za kolumną innych pojazdów. Mimo podjętej od razu przez lekarza reanimacji nie udało się mężczyzny uratować. Zmarły osierocił dwójkę małych dzieci (6 i 2 lat).


    -Czy tak powinien wyglądać system ratownictwa? - pytali interweniujący. Dlaczego na nasze wezwanie nie mogła przyjechać erka z Ostrowca? Czy nie byłaby na miejscu szybciej? Ze zgłaszonymi do nas zarzutami i wątpliwościami zapoznaliśmy kierownika ostrowieckiego oddziału Świętokrzyskiego Centrum Ratownictwa Medycznego i Transportu Sanitarnego w Kielcach.


    -W pracy naszej placówki nie było nieprawdłowości - wyjaśnił jej kierownik, Szymon Heba. Dyspozytorka o godz. 19.10 przyjęła zgłoszenie, iż mężczyzna stracił przytomność podczas kąpieli.


    Zgodnie z obowiązującym i wprowadzonym przez dyrekcję Świętokrzyskiego Centrum Ratownictwa Medycznego i Transportu Sanitarnego (któremu podlega ostrowiecki oddział) systemem powiadamiania, wezwanie z Waśniowa natychmiast zostało przekazane dyspozytorowi pogotowia w Starachowicach. Po przyjęciu zawiadomienia skierowano do chorego karetkę stacjonującą w Nowej Słupi. Warto tu dodać, iż część terenu Waśniowa oraz 23 okoliczne miejscowości obsługuje pogotowie w Starachowicach. Chodzi o skrócenie czasu dojazdu karetki "oczekującej" na wezwanie w Nowej Słupi.


    Z dalszych wyjaśnień wynika,iż po kilkunastu minutach dyspozytorka ostrowieckiego pogotowia ponowiła wezwanie (po kolejnych przynaglających telefonach z Waśniowa). Wtedy otrzymała odpowiedź, iż lekarz dojechał już do chorego.


    Próbowaliśmy ustalić na podstawie dokumentów: o której przyjechało pogotowie, co stwierdził lekarz i jak przebiegała akcja ratownicza? Nie udało nam się dodzwonić do pogotowia w Nowej Słupi, aby porozmawaić z obsadą stacjonującej tam karetki. Okazało się bowiem, że łączność z tą ekipą jest możliwa tylko drogą radiową. O przekazanie tych informacji zwróciliśmy się więc do dyspozytora starachowickiego oddziału Świętokrzyskiego Centrum Ratownictwa Medycznego i Transportu Sanitarnego.


    Tam właśnie przesłana została karta z zapisem lekarza dyżurującego poprzedniego dnia. Z zapisu w karcie wynikało, iż karetka była w Waśniowe o godz.19.20. Przez 25 minut lekarz kontynuował reanimację, ale bez skutku. O godz.20. zdecydował się na powrót do Nowej Słupi. O nagłym zgonie pacjenta powiadomił policję i zasugerował przeprowadzenie sekcji pod nadzorem prokuratora.


    Kierownik Oddziału ŚCRM i TS w Starachowicach dodał, iż karetka jadąca na wezwanie z Nowej Słupi, dotarła na miejsce w ciągu 10 minut od wezwania.


    -To było bardzo szybko - uzasadniał lek. med. Ireneusz Czerwonka. Przepisy nowej ustawy o ratownictwie, które wejdą w życie od stycznia 2002 roku - zobligują nas do dotarcia, do chorego na terenie miasta w ciągu 8 minut, zaś poza miastem w ciągu 15 minut.


    Pacjent, u którego nastąpiło zatrzymanie krążenia miałby szanse na przeżycie, gdyby pomoc specjalistyczna została mu udzielona w ciągu kilku minut (po 4 minutach dochodzi do śmierci mózgu). Jeśli czas dotarcia do pacjenta jest dłuższy, skuteczność uratowania życia jest równa zeru. Jazda karetki na sygnale lub bez - nie miała tu najmniejszego znaczenia. Włączenie alarmu przyspieszyłoby przyjazd o 1-3 minuty. Dlaczego odstąpiono od włączenia dźwiękowej sygnalizacji? Może miały na to wpływ niezbyt precyzyjne informacje o sytanie chorego? Powiadomienie, iż pacjent stracił przytomność mogło uśpić czujność przyjmujących zgłoszenie.


    Po przeanalizowaniu wszystkich wyjaśnień trudno doszukiwać się w zaistniałym tragicznym zdarzeniu czyjejkolwiek winy lub nieprawidłowości w przebiegu akcji ratowniczej. A jednak pacjent zmarł. Jaka była faktyczna przyczyna jego śmierci - na razie tego nie wiadomo.


   
/ m/

Podziel się ze znajomymi:
Czytany: 26373 razy,
ostatnio: 2019-11-19 04:55:12
Skomentuj artykuł:
Powrót