Wiadomości z Ostrowca Świętokrzyskiego

Powrót2010-08-23

Motocyklem po Bałkanach

4500 km w 14 dni

Kornel Korpikiewicz wraz z pięcioma kolegami odbyli kolejną wyprawę motocyklową. Tym razem w czternaście dni przejechali ponad 4450 km, odwiedzając: Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię, Serbię, Czarnogórę, Albanię, Bośnię i Hercegowinę oraz Chorwację.

Kliknij na ikonę aby powiększyć załącznik
Kornel Korpikiewicz, na co dzień prowadzący firmę budowlaną i biuro projektowe, będąc od kilku lat w trakcie przygotowań do dużego zamierzenia deweloperskiego, motocyklami pasjonuje się praktycznie od zawsze. Podobnie jego koledzy - Sumo, Sas, Hajdi, Górka i Janusz, z którymi od kilku lat organizuje wyprawy po Europie. Cztery lata temu "zapaleni" motocykliści objechali całą Skandynawię, pokonując ponad 7500 km w dwa tygodnie. Ostatnio na swoich maszynach (Yamacha FJR 1300, Suzuki Bandit 600, Suzuki V-Strom 1000, Honda Transalp 650 i Honda Africa Twin 750) "zaliczyli" Bałkany.

- Bałkany marzyły nam się od dłuższego czasu. W zaplanowanym terminie wyjazdu na rok 2008 nie mogliśmy wyruszyć, ponieważ na trzy dni przed wyprawą kolega Hajdi miał wypadek motocyklowy i roztrzaskał biodro. Kiedy całkowicie doszedł do siebie i nie stracił nic a nic werwy do odbywania kolejnych wypraw rozpoczęliśmy na nowo przygotowania. Tradycyjnie ograniczyły się one do przeglądu naszych maszyn, sprawdzenia ich stanu technicznego, wymiany łańcuchów i opon. - wspomina Kornel. - Wyjeżdżając, nie mieliśmy szczegółowo określonej trasy, bo tę zawsze weryfikują różne wydarzenia w drodze.

Wyruszyli z Ostrowca. Pierwszy postój mieli w Solinie. Po bieszczadzkim pożegnaniu z Polską przejechali na Słowację, by stamtąd wyruszyć na Węgry do Miszkolca. W Tapolcach, termalnej dzielnicy tego urokliwego miasteczka spędzili dwie noce, podziwiając największe na świecie baseny w skalnych grotach.

- Później pojechaliśmy do Rumunii, która była wyjątkowo przygodowa. Na samym początku zepsuł mi się regulator napięcia i wysiadł akumulator. Musieliśmy więc zmienić nieco trasę i szukać serwisu. W mniejszych miejscowościach Rumuni trudno było o serwis, a do Bukaresztu mieliśmy za daleko. Ostatecznie udało się kupić akumulator w Sibiu - miejscowości wielkością podobnej do Ostrowca, a dopiero w Serbii w przydrożnym serwisie motocykli i skuterów odpowiedni zamiennik regulatora napięcia, co jest rzadkością nawet w Polsce - podkreśla Kornel. - W Rumunii na trasie trans fogarskiej 7c miałem także wywrotkę, która na szczęście skończyła się bez większych obrażeń. Koledzy uznali, że była to zaplanowana przeze mnie ekwilibrystyka cyrkowa. Jechaliśmy jedną z najpiękniejszych tras widokowych w całej Europie. Najpiękniejszą, ale i bardzo niebezpieczną, zakręty są tam pod kątem 180 st., spadki przekraczają wszelkie dopuszczalne normy, a pochylenia drogi sięgają nawet 25 %. Jechałem z kamerą przymocowaną do kierownicy i zostałem trochę z tyłu za chłopakami. Doganiając ich, zobaczyłem, że stoją na poboczu. Wyłączyłem więc kamerę i wjechałem na pobocze, jednak w momencie, gdy chciałem zahamować, okazało się że na poboczu rozsypany był drobny żwir i wywróciłem się, dwa metry przed motocyklami. Niewiele brakowało, żeby wszystkie spadły w przepaść.

Pomijając "wywrotne" przygody, Rumunia na podróżujących zrobiła ogromne wrażenie.

- Dużo nasłuchaliśmy się, że jest tam wyjątkowo niebezpiecznie, ale to nieprawda. Ludzie są naprawdę bardzo mili i życzliwi oraz pozytywnie nastawieni do turystów. Nie mówiąc już o widokach, które zapierają dech w piersiach - twierdzi Kornel.

Po Rumunii na motorowych wojażerów czekała przeprawa promem przez Dunaj do Bułgarii i szybki przejazd do Serbii.

- W Serbii udało nam się znaleźć serwis, w którym dopasowali mi regulator napięcia. Odwiedziliśmy także Belgrad i wiele przygranicznych miasteczek, w których widać było jakie żniwo spustoszenia wśród ludzi przyniosła wojna. Przykładem były liczne "przydomowe" małe cmentarzyki - mówi Kornel. - Dalej pojechaliśmy do Czarnogóry. Jechaliśmy tam bardzo dzikim szlakiem pełnym urwisk i niesamowicie ostrych zakrętów. Musieliśmy być bardzo ostrożni. Jadąc na północ, dotarliśmy do Podgoricy. Miasto nie przypomina stolicy, ma raczej prowincjonalny wygląd.

Późno w nocy dotarliśmy nad Morze Adriatyckie, a dokładnie do miejscowości Sutomore , gdzie rozbiliśmy namioty.

Z Czarnogóry postanowili udać się do Albanii. Jednak miejsce to, w przeciwieństwie do wszystkich innych, nie zrobiło na nich dobrego wrażenia.

- Albania była okropna. Już na granicy podbiegały do nas małe dzieci i dosłownie grzebały nam w bagażach i odzieży. Przejechaliśmy jakieś 10-20 km i jak zobaczyliśmy, że złodziejaszków jest coraz więcej, wycofaliśmy się. To był most przez Skadarsko Jezero w części albańskiej, gdzie dzieci wieszały się na stojących w korkach autach, wciskając ręce przez uchylone szyby...

Wróciliśmy więc do Czarnogóry, z której pojechaliśmy do Bośni i Hercegowiny - wspomina Kornel. - Po drodze zatrzymaliśmy się w miejscowości Šćepan Polje, gdzie organizowane są słynne spływy pontonami po Tarze. W samej Bośni i Hercegowinie zwiedziliśmy oczywiście Sarajewo, w którym przenocowaliśmy. Miasto, pomimo ogromu zniszczeń podczas wojny, teraz nie daje się poznać od strony tamtych tragicznych chwil.

Po Sarajewie przyszła pora na Balaton. Nad największym jeziorem Węgier i zarazem całej Europy Środkowej motocykliści spędzili trzy dni. Potem był jeszcze Budapeszt i... powrót do Ostrowca.

- Taka wyprawa to niezapomniane przeżycie, nie sposób tych wrażeń ubrać w słowa. Tego trzeba osobiście doświadczyć - przyznaje Kornel. - Mimo zupełnie innej kultury, mentalności i obyczajów, wszędzie, gdzie dotarliśmy panował niesamowity klimat. Ludzie byli bardzo życzliwi, pozytywnie na nas reagowali, łącznie z policją ,która w Rumunii załączyła syreny na przywitanie jak przejeżdżaliśmy obok. W drodze życie wygląda zupełnie inaczej. Nieważne, czy śpi się w łóżku, czy w namiocie, ważne, by dalej jechać, jak najwięcej zobaczyć i jak najwięcej przeżyć. Najtrudniejsze są pierwsze dni po powrocie, trudno pozbierać myśli i wrócić do codzienności. Chciałoby się wsiąść na motocykl i czmychnąć gdziekolwiek, poczuć znów ten wiatr, tę wolność, której nie można odczuć w zorganizowanych wycieczkach lub podróżach samochodem.

Nie dziwi więc fakt, że panowie szykują się do kolejnej eskapady. Na 2 września zaplanowali wyprawę na Krym.
/K. Fałdrowicz/

Podziel się ze znajomymi:
Czytany: 19648 razy,
ostatnio: 2019-10-17 22:55:33
Skomentuj artykuł:
Powrót