Wiadomości z Ostrowca Świętokrzyskiego

Powrót2010-06-21

Wieści dziwnej treści

Według oficjalnych danych 17 procent Polaków zagrożonych jest ubóstwem - w tym, o ironio - 12 procent Polaków pracujących. I to także tych z wyższym wykształceniem. Według polskiego kryterium dochodowego ubóstwo oznacza najwyżej 504 zł na osobę - choć przyznać trzeba, że według kryteriów unijnych w Polsce ubóstwo zaczyna się od 750 zł na osobę. Zatem blisko jedna piąta Polaków, lub jeszcze więcej, co miesiąc zastanawia się, czy kupić jedzenie, czy może opłacić rachunki, czy kupić lekarstwa, czy może spodnie dla dziecka w szmateksie albo podręczniki.
Według danych statystycznych im większa rodzina, tym większa bieda - i tak np. wśród małżeństw z czwórką dzieci 36 procent żyje w biedzie. Sytuacja jest paradoksalna, ponieważ właśnie sypie się system emerytalny - owo państwowe dobrodziejstwo - przymusowe złodziejstwo. Raz, że odkładane przez nas pieniądze dawno zostały rozkradzione, dwa, że żyjemy coraz dłużej i coraz dłużej trzeba nam płacić na emerytury - stąd też tryumfalny pochód eutanazji przez Europę, eutanazji, jak się okazuje, wykonywanej coraz częściej bez zgody pacjenta. Trzy - coraz mniej mamy dzieci i coraz mniejsza liczba osób pracuje na coraz większą liczbę emerytów. Tych zaś musi trafiać szlag, gdy słyszą, że ktoś na nich musi pracować, skoro oni pod przymusem przez całe życie te składki mieli odprowadzane. Tak pryska mit państwa opiekuńczego, a składki emerytalne jawią się jako jeszcze jeden sposób łupienia podatnika. Podobnie jest zresztą z różnymi przymusowymi ubezpieczeniami. Statystyczny Kowalski z pewnością zabierane mu pieniądze wolałby pozostawić w swojej kieszeni i sam lepiej by wiedział, jak zadbać o swoją przyszłość, niż anonimowy urzędnik, polityk czy "system". Dziś już wiadomo, choć niezbyt powszechnie, że przeciętna przyszła emerytura będzie mniejsza od połowy przeciętnego wynagrodzenia w ostatnich latach pracy. Z tej perspektywy pomysły dopuszczenia "odwróconej hipoteki", o której pisałem, polegającej na tym, że przymierający głodem emeryt oddaje w pacht niemieckiemu czy żydowskiemu bankowi swój dom, mieszkanie, w zamian za niewielką dopłatę do emerytury - nabiera dodatkowego znaczenia.

Mamy zatem sytuację, w której ratunkiem dla Polski i stanu finansów publicznych jest wzrost dzietności rodzin, tym bardziej, że za kilkadziesiąt lat może być nas nawet o połowę mniej. System jest jednak tak skonstruowany, że największe obciążenia dotykają tych, którzy system ten ratują, posiadając np. trójkę czy czwórkę dzieci. Ich utrzymanie kosztuje więcej, w stosunku do zarobków rodziny, a niemała część tego kosztu to podatek zawarty w kupowanych produktach. A przypominam, że ubóstwem zagrożonych jest 12 procent Polaków pracujących! Jakoś tak dziwnie się stało, że jeszcze sto lat temu pracujący ojciec był w stanie utrzymać wielodzietną rodzinę, a jego żona zajmowała się prowadzeniem gospodarstwa domowego. Duża liczba dzieci była - zanim nie zatroszczyło się o nas państwo - gwarancją bezpiecznej starości. Wraz z postępem i zdobyczami tzw. równouprawnienia doszliśmy do etapu, w którym zarówno ojciec, jak i matka pracują, a mimo to trudno im utrzymać rodzinę i częstokroć nie stać ich na więcej niż jedno dziecko. I to pomimo iż przecież państwo przypisało sobie tyle opiekuńczych uprawnień, uzasadniających okradanie nas, dla naszego dobra, pod coraz to nowymi pretekstami. Dziś przypisuje sobie uprawnienia kolejne, coraz bardziej totalitarne - jak np. ustawa "przeciwprzemocowa", w imię ratowania patologicznych przypadków uznająca każdą rodzinę za potencjalnie patologiczną. Tymczasem praktyka pokazuje, że czego "państwo" się nie tknie - to w dalszej lub bliższej perspektywie spierniczy, a następnie poprawiając, spierniczy jeszcze bardziej, czego przykładem mogą być kolejne reformy systemu edukacji, świadczeń zdrowotnych, reformy administracyjne kraju itd. itp. Jak wiadomo, socjalizm zajmuje się głównie rozwiązywaniem stworzonych przez siebie problemów. W efekcie za wiele rzeczy - rzeczy zwykle gdy publiczne - marnych - płacimy podwójnie, raz w podatkach i drugi raz - fizycznie. Tymczasem wiadomo, że to Kowalski najlepiej wie, jak dobrze wydać na siebie swoje pieniądze. Trochę mniej trafnie i efektywnie Kowalski może wydać własne pieniądze na kogoś innego. Najmniej trafnie wyda nieswoje pieniądze urzędnik na kogoś innego. Nawet w przypadku opieki społecznej do rzeczywiście potrzebującego beneficjenta trafi tylko ułamek środków przepuszczonych przez wszystkie szczeble biurokratyczno-administracyjne. Taki jest efekt zaawansowanego systemu redystrybucji dóbr, w imię "sprawiedliwości społecznej" i dla dobra łupionego ludu. Na tym polega socjalizm.

Kolejny problem to nasze zadłużenie. Coraz większa liczba Polaków żyje na kredyt, posiadając co miesiąc po kilka różnego rodzaju zobowiązań finansowych do spłaty. To wszystko jednak mały pikuś wobec długu publicznego, którego nie rozumieją nawet niektórzy nasi politycy. Dług ten obejmuje zadłużenie całego sektora finansów publicznych, a więc administracji rządowej, samorządy, różnego rodzaju państwowe agendy, sądy, szkoły państwowe, Narodowy Fundusz Zdrowia, ZUS, KRUS i wszystko to, co udało się rządowi sprytnie wypchnąć poza oficjalny budżet. Według kwietniowego raportu OECD dłub publiczny w Polsce na koniec tego roku wyniesie 56,4 procent Produktu Krajowego Brutto, co sprawi że nasi rządzący będą musieli dokonać stosownych cięć w strefie budżetowej. Nie brak jednak i takich, którzy uważają, że w rzeczywistości dług ten jest nawet parokrotnie wyższy, biorąc pod uwagę różne długoterminowe zobowiązania finansowe. Od wysokości tego długu zależy wiarygodność Polski, a więc oprocentowanie zaciąganych przez nas pożyczek na spłatę pożyczek starszych. Zadłużamy się więc i zadłużać będziemy coraz bardziej. W styczniu 2009 roku dług Skarbu Państwa wynosił 583,9 mld zł; według zwyczajowo optymistycznych prognoz Ministerstwa Finansów na koniec tego roku ma wynosić ponad 755 mld i jak pisze Stanisław Michalkiewicz, przyrasta w tempie co najmniej 3 tysiące złotych na sekundę. Oczywiście w ostatecznym rezultacie wszystkie zobowiązania "państwa" pokrywają podatnicy - w podatkach. Tak więc na koniec 2010 roku na każdego Polaka, także tego dopiero narodzonego, przypadać będzie blisko 20 tys. zł długu, zaciągniętego przez rządzących dla naszego dobra. Przy czym owo rosnące dziesiątki tysięcy złotych zadłużenia, przypadają też na tych, którzy jeszcze się nie narodzili, a narodzą się za rok, dwa, pięć, dziesięć... Być może nas już nie będzie na świecie, gdy nasze dzieci i wnuki spłacać będą zobowiązania, które po sobie zostawiliśmy. Jednak ta odległa perspektywa bynajmniej nie interesuje rządzących - ich interesuje przede wszystkim, jakie zrobić kreatywne hokus-pokus, by dług na koniec roku nie przekroczył 55 czy 60 procent PKB, no i jak doszlusować do kolejnych wyborów.

Są jednak, jak pisałem, i tacy eksperci, którzy uważają, że tak naprawdę przeciętny Polak ma dziś do zapłaty 70-80 tys. zł za długi zaciągnięte przez państwo, a dług ten wynosi 200-300 procent PKB, a z pewnością jest znacząco wyższy niż ten oficjalnie podawany na poziomi pięćdziesięciu kilku procent. Brak reformy finansów publicznych sprawia, że nikt nie jest w stanie tego precyzyjnie wyliczyć i nikt chyba nie jest tym nawet zainteresowany.

Tymczasem jak gdyby nigdy nic, Minister Finansów, jak podała "Rzeczpospolita", obiecał wspomóc tonące kraje Unii - gdyby kolejne państwa strefy euro wpadły w kłopoty - polskimi gwarancjami dla euroobligacji. Według banku Goldman Sachs udział Polski w pakiecie pomocowym dla zadłużonych miałby sięgnąć sumy około 115 mld euro, czyli więcej niż jedna trzecia budżetu naszego państwa. A przecież Polska nie należy nawet do strefy euro! Ciekawe, kto też upoważnił pana Ministra do wypowiadania takich deklaracji, bo polski parlament na pewno nie. Może upoważniła go jakaś inna, nieznana w konstytucyjnych organach naszego państwa zwierzchność? Gdyby coś się sypnęło, tak jak sypie się w Grecji i innych krajach, gwarancje przemienią się w żywą gotówkę, za którą zapłacimy my - wszyscy podatnicy. Ale być może wtedy pan Rostowski nie będzie już ministrem; może wtedy odnajdzie się w fotelu któregoś z europejskich banków, w uznaniu zasług za "antykryzysowe" działania.

Kryzys zaś wcale się nie skończył i niewykluczone, że to, co przeżywał świat jeszcze niedawno, było zaledwie preludium do czegoś poważniejszego. Dziś cena złota bije rekordy, a złoto jest przecie kruszcem realnym i namacalnym, wobec wirtualnych instrumentów finansowych i równie wirtualnych, nie mających pokrycia w nim, zadrukowanych papierków zwanych banknotami. Złoto zawsze jest w cenie w dobie kryzysu. W ostateczności jest jedyną pewną walutą...

Ostateczność... Analizując to wszystko, nie trudno dojść do konkluzji, że ostatecznym beneficjentem są oczywiście banki - nawet ratowane przez rządy naszymi pieniędzmi. Wychodzi więc na to, że banki rządzą światem. Zaś biorąc pod uwagę skalę zadłużenia państw i obywateli oraz realny poziom opodatkowania, można zauważyć, że powróciliśmy do feudalnego poziomu stosunków, bo przez większą część roku nawet nie pracujemy na siebie - i to według oficjalnych wyliczeń! - tylko sobie wszyscy z tego nie zdajemy sprawy...

Ale czas zmierzać do końca. Jak widać, kolejne rządy nie wyciągają żadnych lekcji. Jednak spirala zadłużenia nakręca się, kiedyś padną słowa "sprawdzam", kiedyś konieczna okaże się, o lata spóźniona, radykalna i bolesna reforma, za którą obwinieni zostaną "poprzednicy", za którą zapłacimy wszyscy my - podatnicy. Wątpię jednak, czy wielomilionową rzeszę emerytów stać będzie wówczas na to, by pojechać do Warszawy palić opony pod kancelarią premiera czy pod Sejmem. Gdyby jednak nawet do tego doszło i gdyby rozjuszony tłum stać było na to, by powiesić paru złodziei - co to da? Przecież za grzechy własne i własnych polityków, za rozdawnictwo i łatwowierność wobec przedwyborczych obietnic - za to wszystko, lichwiarskiej międzynarodówce i tak zapłacimy my wszyscy - podatnicy. Zgodnie z narodowym porzekadłem, że Polak tak przed szkodą, jak i po szkodzie głupi. Ale tak to już jest, gdy nie zna się historii, nie uczy w szkołach logiki, a dyktat sprawuje ogłupiona, doskonała, demokratyczna przeciętność...
/M. Poświatowski/

Podziel się ze znajomymi:
Czytany: 16812 razy,
ostatnio: 2019-12-11 09:13:52
Skomentuj artykuł:
Powrót