Wiadomości z Ostrowca Świętokrzyskiego

Powrót2009-12-08

Pasjonat z Szewny

Rowerem przez życie

Jako młody chłopak zaraził się kolarstwem. Młodzieńczej pasji jest wierny do dziś. Teraz zaraża nią innych, głównie młodych chłopaków, takich samych jak on przed laty.

Kliknij na ikonę aby powiększyć załącznik
Czesław Gardian, bo o nim mowa, pochodzi z Grzegorzowic. Tam się urodził i spędził okres dzieciństwa oraz wczesnej młodości.

- Mój dom stał naprzeciwko organistówki. Niewielki budynek, obok rzeczka z krystalicznie czystą i smaczną wodą, malownicza okolica, nad którą góruje wzgórze z kościołkiem- wspomina z nostalgią.

Czesław Gardian z zawodu jest operatorem ciężkiego sprzętu budowlanego. Po ukończeniu szkoły zawodowej odbył służbę wojskową w Gdyni, w marynarce, a potem rozpoczął pracę w Miejskim Przedsiębiorstwie Robót Budowlanych, obecnie Robót Drogowych.

- Przepracowałem w niej 40 lat, z tego 28 lat w należącym do firmy kamieniołomie, 28 wiosen, jesieni i zim "pod chmurką". Nie było ciepłej wody i przez 10 lat, bez względu na pogodę, myłem ręce w rzece. To były prawdziwie spartańskie warunki. Za pomieszczenie socjalne służył nam autobus - opowiada ten niezłomny człowiek.- Przez rok, równo 20 lat temu pracowałem w Afryce, przy budowie dróg- dodaje po chwili, chwaląc jednocześnie klimat, który - o dziwo - nie był wcale dla niego uciążliwy.

Pan Czesław jest mieszkańcem Szewny, w której mieszka prawie 40 lat. Po ślubie, 1975 roku kupił dom przy obecnej ulicy Szymańskiego. Żyje tu cicho i spokojnie w otoczeniu rodziny. Przy domu jest warzywnik, kilka drzew owocowych, ogródek kwiatowy i warsztat, w którym spędza każdą wolną chwilę. Bo choć od pewnego czasu jest na zasłużonej emeryturze, żyje bardzo aktywnie. Wciąż coś robi. Nie potrafi leniuchować. Lubi czynny wypoczynek, bycie w ciągłym ruchu.

- Nie mogę usiedzieć w miejscu. Leżenie na kanapie czy siedzenie w fotelu przed telewizorem to nie w moim stylu. Muszę się ruszać. To chyba zasługa niespokojnego ducha, który we mnie drzemie. Ponieważ lubię "dłubać", "majsterkować", to urządziłem sobie na własne potrzeby taki niewielki przydomowy warsztat. Zdarza mi się nieraz spędzać w nim całe dnie- mówi.

Wśród sąsiadów pan Czesław ma opinię "złotej rączki". Potrafi wszystko naprawić, połatać, z niczego zrobić coś. Po prostu fachowiec.

Tak w wielkim skrócie można przedstawić życiorys Czesława Gardiana. Życiorys, który jest podobny do życiorysów wielu z nas. Zwykłe codzienne życie - dom, szkoła, rodzina, praca.

To, co jednak ten zwykły z pozoru życiorys pana Czesława czyni niezwykłym- to jego pasja, wielka, wspaniała i przede wszystkim długoletnia. Tej pasji pan Czesław jest wierny od pół wieku. A jest nią kolarstwo - przez wielkie K. Miłość jego życia, oczywiście zaraz za rodziną.

- Kiedy miałem 10 lat, Stanisław Królak wygrał Wyścig Pokoju. To był rok 1956. Wówczas ogarnęła mnie fascynacja kolarstwem. Zakochałem się w tym sporcie. Królak, Fornalczyk... pamiętam wszystkich wielkich kolarzy tamtych czasów. Dla mnie to były wzorce do naśladowania. Zapragnąłem wówczas trenować kolarstwo. Aby urzeczywistnić to marzenie, musiałem mieć rower. Bo w tamtych czasach do klubów sportowych wstępowało się z własnym sprzętem. Nikt nie przydzielał, nie udostępniał sprzętu treningowego, w przypadku kolarstwa - rowerów treningowych. Najpierw więc musiałem mieć rower, potem zapisać się do klubu i wreszcie zacząć w nim trenować pod fachowym okiem instruktorów i trenerów. Rower - to przez kilka lat było moje największe marzenie- sięga w pamięci.

Podobno jeśli człowiek czegoś bardzo pragnie, to w końcu to otrzymuje. Tak też się stało w przypadku pana Czesława.

- Pierwszy rower wyścigowy kupił mi tata. Chodziłem wówczas do szkoły zawodowej. To był "Faworyt". Kupiliśmy go w sklepie, który znajdował się w Ostrowcu przy ulicy Siennieńskiej- wspomina z zadumą w głosie.- Mając rower, mogłem nareszcie trenować. Miałem wówczas jakieś 14, 15 lat i większość wolnego od nauki i obowiązków domowych czasu spędzałem na rowerze- kontynuuje swą opowieść.

Praca i wytrwałość popłacają. Nastoletni Czesiu zaczął szybko odnotowywać sukcesy. Wygrał kilka wyścigów. Ale tym najważniejszym był pierwszy, zwycięski.

- Wyścig na Bielinach - to był pierwszy wyścig, który wygrałem. Ja chłopak ze wsi - bo pochodzę ze wsi i nie wstydzę się tego, wręcz przeciwnie jestem z tego dumny- stanąłem na podium. Do dziś mam gazety, w których został odnotowany mój pierwszy sukces. Przechowuję je niczym najcenniejszy skarb, najdroższy talizman- mówi z nieukrywaną radością w głosie.

Pierwsze sukcesy mobilizowały. Dały bodziec do dalszego trenowania, udziału w zawodach. W konsekwencji rodziły kolejne sukcesy. W tym czasie należałem do klubu sportowego LZS Starachowice.

- W okresie służby wojskowej ścigałem się z Czesławem Polewiakiem- słynnym kolarzem. Po powrocie do "cywila" dalej trenowałem. Startowałem z Ryśkiem Szurkowskim, Marianem Formą, Stasiem Szozdą. W tym czasie wywalczyłem mistrzostwo Polski. Potem nieco odpuściłem sobie kolarstwo. Ale ze sportu nie zrezygnowałem. Postanowiłem jednak spróbować czegoś nowego. Wróciłem do trenowania boksu, którego epizod miałem już w wojsku - odtwarza w pamięci minione lata.

W tej konkurencji pan Czesław również odnotował wiele sukcesów. To przede wszystkim zasługa jego pracowitości i "robienia wszystkiego na sto procent". Został wicemistrzem okręgu kieleckiego.

- Po tym sukcesie trafiłem do Mielca, do tamtejszej II ligi. Pobyłem tam rok i dałem sobie z boksem spokój. Z tym sportem nie ma żartów, zwłaszcza w wadze ciężkiej i półciężkiej, w której walczyłem. Tam się bije naprawdę mocno- akcentuje.

Po roku pobytu w Mielcu pan Czesław powrócił w rodzinne strony. Ożenił się, założył rodzinę. Na świat zaczęły przychodzić dzieci.

Od tamtej pory wiele zmieniło się w jego życiu. Na twarzy przybyło zmarszczek. Dzieci podrosły, wyfrunęły z gniazda, założyły własne rodziny. Jedno co pozostało niezmienne - to miłość do sportu. Po epizodzie z boksem pan Czesław powrócił do kolarstwa. Uprawia je zresztą do dziś i będzie to robił. jak zapewnia, dopóty starczy mu sił. Co więcej, pan Czesław nie tylko jeździ rekreacyjnie, ale i ściga się w zawodach.

- Kocham sport. Kocham kolarstwo. Staram się być przynajmniej na kilku wyścigach w roku, choć koszty uczestnictwa w tego typu imprezach nie są niskie. W ubiegłym roku wywalczyłem razem z kolegą z Buska tytuł Mistrza Polski 2008 Masters Open Dwójkami. We wrześniu z bolącą ręką pojechałem na wyścigi szosowe do Tarnowa. Wywalczyłem tam III miejsce w Pucharze Słona Góra 2009 w swojej kategorii IV b na dystansie 20 km 150 m, z wynikiem 13,48 minut. Dali mi dyplom, jakiś pucharek- mówi żartobliwie; bo w tym wszystkim nie trofea, nagrody, są najważniejsze. Najwspanialsza jest możliwość sprawdzenia siebie, swoich możliwości, a zwłaszcza kontakt z ludźmi, spotkania z podobnymi sobie zapaleńcami, miłośnikami kolarstwa- podkreśla pan Czesław, który jest posiadaczem całej kolekcji pucharów, medali i dyplomów z gratulacjami.

Co roku jest wydawany "Kalendarz imprez Masters i turystyki kolarskiej", w którym są zamieszczane dane o wszystkich wyścigach organizowanych w kraju wraz z klasyfikacją zawodników biorących w nich udział. W wielu miejscach tych kalendarzy pojawia się nazwisko Czesława Gardiana. Stanowi to najlepsze potwierdzenie tego, że należy on do krajowej czołówki w swojej kategorii wiekowej.

Jakby tego wszystkiego było mało, pan Czesław nie tylko ściga się, ale i organizuje wyścigi.

- W tym roku organizowałem wyścig w Ostrowcu Św. Odbył się on 1 maja. Przygotowało je Towarzystwo Cyklistów Ostrowca- mówi. - Wyścig udał się, choć do łatwych nie należał. Zawodnicy narzekali na tory kolejowe, których było aż 11 na okrążeniu- opowiada. - Na drugi rok, jak doczekamy, będą zdrowie i chęci, a myślę że będą, to zrobimy wyścig na terenie huty już bez tylu przejazdów. Marzy mi się, żeby na starą hutę powrócił sport- snuje plany na przyszłość.

Co roku pomaga także w urządzaniu "Wyścigu Dinozaurów" w Bałtowie, organizowanego przez tamtejszy Urząd Gminy. W tegorocznej, szóstej edycji wzięło udział około stu zawodników.

Wyzwanie to nie lada, bo przygotowanie wyścigu wiąże się z załatwieniem mnóstwa spraw.

- Trzeba pokonać całą machinę biurokratyczną. Napisać tysiące pism i wystąpić o stosowne pozwolenia do Urzędu Wojewódzkiego, Wojewódzkiego Zarządu Dróg, policji, do władz miasta, gmin, powiatu. Przygotowanie wyścigu to wielomiesięczna, bardzo absorbująca praca, trud, wysiłek. Teraz kiedy mam już pewne doświadczenie w tej materii, jest mi łatwiej. W załatwieniu wielu spraw bardzo pomagają mi zresztą bliscy- opowiada.

W ostatnich latach Czesław Gardian zaczął zarażać kolarstwem innych, młodych chłopaków, takich samych jak on przed laty. Wyremontował kilka rowerów, a potem przekazał je im w użytkowanie. Zaczął ich przygotowywać do zawodów, ale też poprzez sport wychowywać, oddziaływać na ich charaktery. Stał się dla nich kimś więcej niż tylko wzorem. W tej swojej niewątpliwie wielkiej misji nie widzi nic nadzwyczajnego. Skromnie powiada, że to przede wszystkim zasługa księdza Zbigniewa Kurasa, który jest też kapelanem polskiego kolarstwa.

- W moich rodzinnych Grzegorzowicach, przy tamtejszej parafii działa sekcja kolarska. Było tam kilku chłopaków, którzy w ostatnim czasie wyszli z grupy juniorów oraz młodzików i przeszli do orlika. A to jest już wyższy poziom ścigania. Chłopcy zajęli się powoli pozasportowymi sprawami, a w sekcji u księdza Kurasa pozostał tylko jeden zawodnik. Pozostały również rowery. Wziąłem je więc od księdza Kurasa, z którym przyjaźnię się od lat i wyremontowałem je gruntownie w okresie wakacji. Jeden z moich przyjaciół, Ryszard Gołda podesłał mi kilku fantastycznych młodych chłopaków, w których dostrzegł potencjał. Przekazałem im te rowery i zacząłem dawać im wskazówki, jak trenować. Ks. Kuras dał naszym zawodnikom stroje kolarskie. Dzięki temu wspaniale się teraz prezentują jako zespół na trasie- opowiada pan Czesław.- Ci chłopcy mają już za sobą pierwsze wyścigi. Niedawno byli na Memoriale Andrzej Imosy w Busku. Jeden z nich, Adrian Kaca wygrał, dwóch uplasowało się na trzecim miejscu, tj. Kamil Loranty i Piotr Tracz, zaś Przemek Siejewski był czwarty. Oby nadal tak wspaniale jeździli, tym bardziej że rokują duże nadzieje na przyszłość. Kilka miesięcy temu Krzysztof Mokszański startował w Mistrzostwach Polski w kategorii górskiej, która należy do bardzo trudnych. Na 140 startujących zajął 52. miejsce.

Zaangażowanie Czesława Gardiana we wszelkie związane z kolarstwem inicjatywy doceniono na szerszym polu. Z okazji hucznie obchodzonego jubileuszu 80-lecia KSZO jako jedyny reprezentant kolarstwa został uhonorowany odznaką Ministra Sportu i Turystyki. Kilka lat temu na piersi kolarza z Grzegorzowic zawisła Złota Odznaka Polskiego Związku Kolarskiego.

Pan Czesław kocha przede wszystkim sport, który- jak podkreśla- bardzo wiele dał mu w życiu, ale ma także wiele innych pasji.

- Uwielbiam książki. Kiedyś bardzo dużo czytałem, zwłaszcza książek o tematyce podróżniczej, przygodowej i marynistycznej. Byłem zafascynowany książkami Henryka Sienkiewicza, Karola Maya. Obecnie nieco mniej czasu poświęcam na lekturę, głównie z uwagi na słabszy wzrok. A poza tym bardzo lubię, jak już wspominałem, pomajsterkować w warsztacie. Cenię także pracę w ogródku- mówi.

Jakby tego było mało, pan Czesław bardzo chętnie włącza się w lokalne inicjatywy i często działa na rzecz społeczności, wśród której mieszka. Niedawno wraz z sąsiadem wyłożył płytami rów melioracyjny.

To, co jest dla niego szczególnie ważne, pomijając oczywiście sport, to szczęśliwa rodzina i ludzki szacunek. Jedno i drugie jest jego udziałem. Można więc powiedzieć śmiało, że pasjonat z Szewny, a właściwie z Grzegorzowic (bo pan Czesław zawsze podkreśla, że pochodzi właśnie z Grzegorzowic), jest człowiekiem w pełni spełnionym. A to spełnienie daje mu motor do dalszej pracy.
/M. Bryła-Mazurkiewicz/

Podziel się ze znajomymi:
Czytany: 20461 razy,
ostatnio: 2019-12-07 04:40:30
Skomentuj artykuł:
Powrót