Wiadomości z Ostrowca Świętokrzyskiego

Powrót2003-04-06

Mecz - okiem telewidza

      W środę nerwową atmosferę dało się wyczuć niemal wszędzie. Wczesnym wieczorem udałam się na spacer, ale o meczu nie sposób było zapomnieć - po ulicach jeździły samochody oklejone flagami (niczym propaganda przedwyborcza), wszyscy rozmawiali tylko o jednym: jaki będzie wynik tego meczu. Pomyślałam więc, że moim jedynym obowiązkiem jest udanie się do domu, włączenie TVP2, wyciszenie wewnętrzne i psychiczne przygotowanie się do spotkania.


    Zaczęło się. Z ulgą odetchnęłam (chyba nie tylko ja), kiedy okazało się, że nie ma na stadionie Edyty Górniak.


    Hymn został odśpiewany nadzwyczaj pięknie, łzy same cisnęły się do oczu i wzruszenie ściskało serce. Widok zapierał dech w piersiach - wszyscy zapominając o różnicach klasowych, preferencjach politycznych, wyznaniach religijnych, płci, wieku, pogrążyli się w zadumie i pełni patriotyzmu odśpiewali "Jeszcze Polska nie zginęła".


    "Bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy", tak często słyszy się o młodym pokoleniu. Ludzie pytają: gdzie podział się patriotyzm młodych? Jak to gdzie? - na stadionie! Może młodzież nie jest zdolna poświęcić się dla Ojczyzny, ale dla futbolu na pewno.


    Stadion był biało-czerwony jak nigdy, flagi, szaliki, transparenty powiewały z gracją nad głowami widzów. Takich owacji nie było chyba nawet wtedy, gdy Polskę odwiedzały najważniejsze osobistości naszego długoletniego "brata".


    Zaczął się mecz. Emocje, nie tylko na stadionie, rosły z minuty na minutę.


    Ledwie wszyscy zdążyli usiąść wygodnie na swoich miejscach - znów trzeba było wstać - bo oto Szymkowiak wpakował pierwszego gola. Tylko my - telewidzowie wiedzieliśmy, że była to bramka z dedykacją dla mamy i taty piłkarza. Moja "papa" rozradowała się, usta ułożyły się w kształt księżyca i nic nie było w stanie zepsuć mojego dobrego nastroju - nawet stwierdzenie komentatora, iż murawa - duma mojego miasta reklamowana przez pana Prezydenta w "Gazecie Wyborczej" - jest gliniasta i niewygodna. Chwilę później było 2: 0 i skończyła się pierwsza połowa, a zaczęły komentarze: publiczność w Ostrowcu kocha futbol i swój klub, który ma problemy finansowe.


    Zaczęłam trochę żałować, że nie ma mnie na Świętokrzyskiej. Ale chwilę potem zrozumiałam ile mogłabym stracić: liczne wtrącenia i trafne spostrzeżenia komentujących warte były zostania przed ekranem telewizora: "po co ta noga", "nie ta noga", "za długo prowadzą piłkę", "po co to było" itd. itp. Ponadto dowiedziałam się, że Jackowi Bąkowi odnowiła się kontuzja żebra...


    Odczuwałam wyraźny brak na ekranie Jerzego Dudka. Chłopaki z San Marino (w tym anestezjolog) z niemowlęcą nieporadnością walczyli o piłkę. Lecz nadeszła ta chwila - w 52 minucie wreszcie kontrofensywa. Chyba trochę znudzony już bezczynnością Jurek ze zręcznością myszoskoczka wybił piłkę z bramki. Potem pojawiał się kilkakrotnie na ekranie, choć niewiele; najczęściej spacerował sobie po gliniastej murawie (szkoda, że nie wziął ze sobą jakiejś gazety, przynajmniej by sobie poczytał - ale przecież nie mógł tego przewidzieć).


    Nagle zrobiło się 3: 0 i wrzask na stadionie - znów było biało-czerwono a entuzjazm udzielił się także mnie, jak zapewne i niejednemu telewidzowi.


    Wszyscy pogrążyliśmy się w radości, a tymczasem magiczny głos z ekranu mówi: ". . . to jest San Marino. Przydałoby się przynajmniej do 8. . . ". tak to jest, dać komuś palec. . .


    Nawet nie wiem kiedy to się stało, że padła czwarta bramka strzelona przez Karwana, który kilka minut wcześniej został zbesztany za złą grę i którego przyszłość wg pana komentatora stoi pod wielkim znakiem zapytania.


    Sukces przypieczętował Kuźba w 90. minucie meczu.


    No i mecz się skończył. Stadion szybko pustoszał. Pozostał jedynie tłum kłębiący się za szybką, obok której stał wysłannik telewizyjny - sprawozdawca sportowy Włodzimierz Szaranowicz. Trwała tam poważna walka o to, kto pomacha do kamery, pokaże się w telewizji, pozdrowi rodzinę i wzbudzi zazdrość znajomych.


    Byłam dumna z mojego kraju. W tej całej wrzawie zapomniałam, że nie da się zadowolić wszystkich. Tuż przed zaśnięciem usłyszałam w jednej z komercyjnych stacji radiowych, że tu wcale nie ma się z czego cieszyć - taki wynik przy takim rywalu to żadna rewelacja.


    Od razu posmutniałam i przypomniałam sobie zrezygnowaną twarz trenera San Marino z dużą satysfakcją pokazywaną na ekranie telewizyjnym.


    On też chyba nie mógł zasnąć, choć z innego powodu.


    Paulina
/ /

Podziel się ze znajomymi:
Czytany: 17915 razy,
ostatnio: 2019-12-14 14:40:01
Skomentuj artykuł:
Powrót