Wiadomości z Ostrowca Świętokrzyskiego

Powrót2010-06-14

Runda wiosenna była udana

Zespół KSZO stać na grę w pierwszej szóstce

Drużyna KSZO zakończyła zmagania na pierwszoligowym froncie w sezonie 2009/2010 na ósmym miejscu. Mogła być wyższa pozycja, gdyby nie trzy słabsze spotkania na koniec rundy, w których pomarańczowo - czarni nie zdobyli żadnego punktu. Najważniejsze jednak, że plan utrzymania w I lidze został zrealizowany. O minionej rundzie w wykonaniu KSZO, zawirowaniach wokół klubu, braku rywalizacji na pozycjach, odkryciu rundy, poziomie I ligi opowiedział Czesława Jakołcewicz, trener KSZO Ostrowiec.
Cel postawiony przed sezonem został osiągnięty. Jak Pan podsumuje tę rundę?

- Ja oceniam tę rundę jako dobrą, choć końcówka sezonu, zwłaszcza te trzy ostatnie mecze mogły nas postawić w jeszcze lepszym świetle i na jeszcze lepszej lokacie w tabeli niż ósma. Ja na to liczyłem, bo moim osobistym celem było znaleźć się w pierwszej szóstce, niezależnie czy na pierwszym, czy na szóstym miejscu. Wszyscy się z tego śmiali, nikt w to nie wierzył, bo myślano, że będziemy bronić się przed spadkiem, ale ja sobie taki cel postawiłem. Szkoda, że się nie udało, choć byliśmy bardzo blisko. To jest taka moja osobista porażka. Przed sezonem wielu trenerów, typując drużyny do spadku, wymieniało właśnie KSZO. A my, trzy czy cztery kolejki przed końcem, zapewniliśmy sobie utrzymanie. Niemniej jednak uważam, że ta runda dla mojego zespołu była jak najbardziej udana. Wykonaliśmy zadanie, jakie zostało nam postawione. Zaprezentowaliśmy dobrą grę i jestem przekonany, że nie zawiedliśmy kibiców. Zawsze mogło być lepiej i na końcu gdzieś będzie niedosyt. Muszę zaznaczyć, że druga runda jest zawsze trudniejsza. W pierwszej to idzie się na euforii awansu. A druga, to każdy wie jak gramy, każdy przyjeżdża, obserwuje. Jak zaczęliśmy wygrywać, to i obserwatorzy pojawiali się na naszych meczach. Czasami trudno było nas rozszyfrować, bo graliśmy momentami przyzwoitą piłkę na poziomie I ligi. Przy małych korektach uważam, że ten zespół stać na grę w pierwszej szóstce.

Czego zabrakło do zajęcia tego szóstego miejsca, co zadecydowało?

- Z różnych względów tak się nie stało. Kontuzje, kartki, brak zmienników na pozycjach. Trzeba tak zrobić na przyszłość, żeby na każdą pozycję było po dwóch równorzędnych zawodników. Nie ma rywalizacji na poszczególnych pozycjach i to jest najgorsze dla piłkarza, bo wówczas siada na laurach, nie podnosi swoich umiejętności, nie ma z kim rywalizować o miejsce, a to jest najgorsze co może być. A tu na większości pozycjach było tak, że zawodnicy byli pewni, że będą grali, a ja nie mogłem znów stawiać na niedoświadczonych. Trzeba było ich przygotować. Mówię tutaj o Danielu Dybcu, Jakubie Kapsie czy Marcinie Kajcy. Piłkarze grali w meczach z urazami, o których kibice nie wiedzieli. Często były ataki na mnie, zresztą niesłusznie, że wystawiam lub dokonuję zmiany takiego a nie innego piłkarza. A skąd ludzie mają wiedzieć, jak zawodnik przepracował dany tydzień. Jest to trochę dziwne, bo nie można się wypowiadać o czymś i o kimś, jeśli się nie zna prawdy. Ja odpowiadam za wyniki, za skład i ja zmieniam tego czy innego zawodnika, bo ja jestem blisko drużyny i ja tak to widzę. Jeżeli ktoś widzi to inaczej, to jego sprawa. Czasami jeden był chory, drugi miał kontuzję, do tego doszły jeszcze inne problemy w klubie. Ja z reguły nie jestem trenerem, który się tłumaczy i szuka usprawiedliwień.

Przychodząc do KSZO, były takie elementy, na które chciał Pan położyć większy nacisk.

- Na pewno była to gra w obronie. Przychodząc tutaj, po pierwszej rundzie drużyna miała bilans bramkowy 19-30. 30 bramek straconych w rundzie to był dla mnie sygnał, że gra w obronie jest nieciekawa i że trzeba zwrócić na to większą uwagę. W tym elemencie nastąpiła poprawa. Wypadło to troszkę lepiej, bo straciliśmy tylko 16 bramek, choć w tym 6 w trzech ostatnich meczach. Ale to wiązało się z brakiem ludzi do gry, urazami, przejazdami w dniu meczu, warunkami atmosferycznymi, mógłbym tu dużo wymieniać, ale to żadne tłumaczenie.

W 15 meczach zespół zdobył 21 pkt. Satysfakcjonuje Pana taka zdobycz?

- Tak się to zrównoważyło, bo 6 meczów wygraliśmy, 3 zremisowaliśmy i 6 przegraliśmy. Te trzy ostatnie mecze mnie doprowadzają do szału, nie mogę tego przeżyć do dzisiaj. Chciałem zdobyć więcej niż 25 pkt. Nie udało się, ale byłem blisko. Do tych 3 ostatnich meczów było 21 pkt. i w tych spotkaniach tych kilka punktów uciekło. W meczach z Pogonią i Zniczem przynajmniej 4 pkt. były spokojnie w naszym zasięgu.

Trzytygodniowa przerwa w treningach spowodowana smoleńską tragedią miała jakiś wpływ na zespół?

- To pokrzyżowało szyki nie tylko mnie, ale większości trenerom. W ogóle nastąpiła zmiana treningu. Dopóki graliśmy pięć meczy do Widzewa systemem sobota - sobota, to mogłem potrenować z zespołem, więcej uwagi poświecić pewnym elementom, podwoić treningi. Nawet sami zawodnicy czym więcej trenowali, tym lepiej się czuli. Po tej przerwie trzeba było grać co trzy dni i tu był pies pogrzebany. Nie było czasu na treningi, na wyleczenie urazów. Niektórzy zawodnicy grali z urazami, nie mówiąc mi o tym. Ja ich jednak rozumiem, bo dobrze nam szło, wygrywaliśmy i każdy chciał grać. Myślę, że kilku zawodników ukrywało urazy, bo myślało, że są to urazy, które szybko przejdą. Niestety rzeczywistość okazała się inna. Później jak te urazy się nawarstwiały, gdy zawodnik już rzeczywiście nie mógł grać, to wtedy ja byłem zaskoczony i musiałem robić zmiany. Tak naprawdę nie miałem kiedy zrobić treningu, jak przez dwa tygodnie były mecze co trzy dni i później tydzień przerwy, to ja musiałem skupić się na leczeniu kontuzji. Na treningu miałem siedmiu zawodników, a kolejnych siedmiu nie mogło grać albo tylko truchtało. Myślę, że to miało też jakiś wpływ na formę całego zespołu w końcówce sezonu.

W meczu z Podbeskidziem zaskoczeniem dla wielu było pojawianie się w wyjściowej jedenastce Daniela Dybca. Po tym spotkaniu miejsca w składzie już nie oddał.

- To jest moim zwycięstwem w tej rundzie. Cieszę się, że za mojego czasu wypłynął nowy zawodnik. Byłem w tym dniu ostro krytykowany, kiedy go wystawiłem w meczu z Podbeskidziem. Wówczas na mnie wszyscy skoczyli i pytali dlaczego. Ja dałem mu szansę, bo wierzyłem w niego. Przygotowywałem go do tego, bo wiedziałem, że prędzej czy później będzie musiał zagrać. Po prostu ułatwił mi to Radek Kardas. Cieszę się, że pomogłem chłopakowi, bo zasłużył sobie na to. W tych siedmiu meczach zaprezentował się bardzo dobrze jak na swój wiek i swoje doświadczenie. W niektórych meczach nawet był lepszy od tych, którzy powinni mu pomagać. To dla mnie jest zwycięstwo, że wprowadziłem nowego, jednego zawodnika i mam nadzieję, niezależnie od tego czy ja, czy mój następca, nie zmarnuje tego, bo to jest chłopak z potencjałem. Już wcześniej to mówiłem, że to nie będzie środkowy pomocnik, tylko na razie środkowy obrońca. A później to się okaże. Daniel ma 19 lat, przyszłość przed nim. Cieszę się i z czystym sumieniem poleciłem go do kadry Polski, bo trener Zamilski pytał się mnie o opinię. Według mnie jak najbardziej na to zasłużył, wykorzystał swoje pięć minut. Co będzie dalej, to zależy od niego, wszystko w jego nogach, głowie i oczywiście sytuacji w klubie.

Ciężko chyba było zmotywować piłkarzy na te ostatnie trzy mecze, które były o przysłowiową pietruszkę.

- Może dlatego nie zdobyliśmy punktów w tych meczach, bo zawodnicy wiedzieli, że mają już utrzymanie, więc motywacja nie była może 100 %, a 95 %. Zabrakło gdzieś tych 5%, bo były to mecze, które mogliśmy wygrać. W Kluczborku fatalna gra naszego zespołu, szczególnie w obronie, z Pogonią uważam, że zagraliśmy dobry mecz, szczególnie w drugiej połowie i nie zasłużyliśmy na porażkę, ale taka jest piłka. Mecz w Pruszkowie, pewne trzy punkty, szybko strzelone bramki, może to też wpłynęło, że za łatwo nam to poszło i dlatego wdarło się rozluźnienie i myśleliśmy, że to koniec i Znicz się nie podniesie. Obrona zagrała fatalnie. Sam nie poznawałem swojego zespołu, nie wiem, co się stało. Jestem zły o te trzy mecze, ale wiem, w jakich warunkach musiałem prowadzić te mecze i jakich zawodników miałem do dyspozycji. Kartki, kontuzje, brak wartościowych zmienników w końcówce sezonu to jest zło tego klubu i zespołu, bo jak ktoś wyskoczył, to ciężko było go zastąpić, a jak zagrał, to nie był ten poziom.

Które ze spotkań było dla Pana najtrudniejsze?

- Mecz z Wartą Poznań. To był dla mnie osobiście ważny mecz. Spotkanie trudne, ale jakże szczęśliwe. Zawodnicy grali też dla mnie. Wszyscy się cieszyliśmy z tego zwycięstwa. To był mecz, którego się obawiałem, ale też najbardziej się z tego zwycięstwa cieszyłem.

Zespół KSZO bardzo dobrze radził sobie na własnym boisku, natomiast o wiele gorzej było na wyjazdach. Czym to tłumaczyć?

- Straciliśmy dużo punktów na wyjazdach poprzez brak skuteczności. Nie można wygrać meczu jak się nie strzela bramki na wyjeździe, to dla mnie jest podstawa. Zawsze można stracić gola. Jak byśmy nie mieli sytuacji, to bym powiedział, że jesteśmy jacyś wystraszeni, boimy się, cofamy się, a my byliśmy w wielu spotkaniach stroną atakującą. To już zależy od gry zawodników w formacjach przednich, jeżeli zawodnik ma sytuacje klarowne, to musi je wykorzystać. To jest indywidualne podejście zawodnika, może brak koncentracji, może umiejętności w danym momencie. Na treningach to wychodzi, natomiast w meczach jest presja, odpowiedzialność za zespół. Jest takie przekonanie, że zespół, który gra na wyjeździe, musi się bronić i czekać aż mu bramkę strzelą i wówczas zaczyna atakować. My chcieliśmy to zmienić, chcieliśmy atakować, narzucić swój styl gry. Przegrywaliśmy na wyjazdach tylko i wyłącznie przez brak skuteczności. Ponadto nie straciliśmy dużo bramek. Były wyniki 1:1, 1:2, pomijając ten ostatni mecz ze Zniczem. Nie powinniśmy przegrać właściwie na żadnym stadionie. Ja byłem zły po każdym przegranym meczu, bo nie byliśmy gorsi, mieliśmy sytuacje. Ale piłka jest grą błędów, kto je wykorzystuje, ten wygrywa.

Jacy zawodnicy według Pana zasłużyli na wyróżnienie?

- Ja jestem daleki od wyróżniania. Oceniając tak w całości, jak miałbym wybrać trzech zawodników, to byliby to Michał Wróbel, Mikołaj Skórnicki i Adam Cieśliński - to było trzech zawodników, którzy się wyróżniali na tle całego zespołu i oni byli taką siła napędową drużyny. Ja nie mówię, że inni zawodnicy nie byli lepsi od nich. Były mecze, gdzie bardzo dobrze grał Krystian Kanarski czy Jarosław Białek. Ale oceniam całość. Jakbym przeanalizował każdy mecz, to w każdym meczu kto inny by się wyróżniał. Jednak w większości byliby to ci trzej zawodnicy.

Ktoś zawiódł?

- Zawiodłem się na pewno na Radku Kardasie i to bardzo. Ja podjąłem decyzję o rozstaniu się zawodnikiem. Nie było nam po drodze. On miał swoją filozofię piłki, ja miałem swoją. Na swoje życzenie sam rozwiązał kontrakt, to już jego problem.

Klub zmagał się z problemami finansowo - organizacyjnymi. To na pewno przeszkadzało w pracy?

- Niełatwo się pracowało przez te pół roku. Kłopoty i zawirowania w klubie przenosiły się do szatni. To się udzielało zawodnikom, czasami niepotrzebnie.

Taka atmosfera wokół klubu zawodnikom przeszkadzała i nie miała dobrego wpływu na zespół. Gdyby np. Adam Cieśliński skoncentrował się tylko i wyłącznie na grze, nie zdobyłby 8 bramek, a 15, bo miał ku temu okazje, ale był myślami gdzieś indziej. Sytuacja nie pomagała mi też w pracy, treningi nie były takie, jakie sobie zaplanowałem, nie było dyscypliny, nie mogłem wymusić na zawodnikach pewnych rzeczy, bo oni nie dostali pensji. Ale zagryzłem zęby, bo swoją pracę muszę wykonać. My graliśmy bez żadnych premii, co muszę zaznaczyć. Ze strony klubu nie było dodatkowej motywacji. Ja nie chcę tutaj podawać kwot, za jakie inne zespoły grały przeciwko nam, jaką miały motywację. Później jak się rozmawiało, to się dziwili, jak usłyszeli, jak u nas to wygląda. Dlatego wielkie słowa uznania dla mojego zespołu, że potrafili wysłuchać tego, co chciałem im powiedzieć i chcieli grać nawet kosztem tego, że inni mają, a my nie mamy. Ale my mamy charakter i dobrą wolę, gramy dla kibiców, gramy dla tego klubu.

W pewnym momencie zawodnicy zaczęli nawet protestować przeciwko nienajlepszej sytuacji w klubie.

- Nie jestem zwolennikiem takich rozwiązań, mogłem tylko prosić i apelować. Jestem przeciwnikiem strajków, niewychodzenia na trening czy mecz. Zawodnik musi być profesjonalistą, musi trenować. Można protestować w inny sposób i to chciałem zaszczepić u zawodników. Według mnie najlepszym strajkiem jest wygrywać mecze i iść później z wysoko podniesionym czołem. Do tego zawsze namawiałem i będę namawiał, niezależnie gdzie będę pracował. Jako zawodnik nigdy takich metod się nie imałem, zawsze od tego uciekałem.

Problemem był także brak odpowiedniej opieki medycznej i odnowy biologicznej.

- To prawda. W klubie nie ma żadnej opieki medycznej. Nie było gdzie leczyć kontuzji. Zawodnicy na własny koszt jeździli po całej Polsce. To jest śmieszne, ale prawdziwe. Ja musiałem zwalniać np. Białka, który jeździł do Zabrza czy do Krakowa i siedział trzy dni, żeby leczyć kontuzję i to za własne pieniądze. Chcieli sami się wyleczyć, chcieli grać, chwała dla nich, ale tak nie może to w przyszłości wyglądać. Klub powinien o takie rzeczy dbać. Natomiast odnowa biologiczna to jest podstawa dla każdego piłkarza. Gdy w tygodniu gramy dwa, trzy mecze, ja sobie nie wyobrażam, żeby piłkarz nie miał odnowy biologicznej. Odnawia się tyle, ile się trenuje. Tego nam zabrakło. Zabrakło odżywek, witamin. Na tym polega wydolność zawodników. My natomiast takich możliwości nie mieliśmy. Nie chcę tu szukać usprawiedliwienia, bo patrząc na te mecze grane tutaj, to naprawdę były to dobre mecze, zaangażowanie było naprawdę ogromne, a wydolnościowo nie ustępowaliśmy innym drużynom, a nawet byliśmy lepsi. Nawet po meczu z Wartą zawodnicy z Poznania schodząc, łapali się za głowy, że my tak biegamy. To było przyjemne dla mnie. Po meczu z Sandecją miałem dużo telefonów z gratulacjami. To może cieszyć, że przy takich trudnościach potrafiłem zawodników zmotywować, że warto grać o zwycięstwo. Im więcej się wygrywa, tym więcej można siebie sprzedać, wiąże się to też z zainteresowaniem innych klubów. Kibice muszą zobaczyć, że zawodnicy utożsamiają się z klubem. A wysiłek jest jeszcze większy, gdy jedziemy na mecz w dniu spotkania, pokonujemy 250 km, spędzamy 6 godzin w autokarze w upale i później musimy wyjść na boisko. W tej sytuacji będę bronił zawodników, bo wtedy naprawdę ciężko się gra. Niektóre zespoły, jeśli mają 100 km do pokonania, jadą na wyjazd dzień przed meczem. Mogę wówczas porozmawiać z zawodnikiem, mogą wypocząć, skorzystać z masażów. Inne zespoły mają zgrupowania przed meczami, a my zawsze z marszu. Ja się cieszę, że namówiłem zawodników, żeby grali o zwycięstwo, żeby pokazali grą, że zasługują na pomoc. Ona była różna, raz była, raz nie.

W tym roku do Ekstraklasy awans wywalczyły Widzew Łódź i Górnik Zabrze. Chyba tam jest ich miejsce.

- Ostatnio otworzyłem skarb kibica i przejrzałem budżety wszystkich klubów, to po samych budżetach można wysnuć wniosek, dlaczego właśnie te kluby awansowały. Porównując nasz budżet, około 1, 5 -2 mln zł, do 25 mln Widzewa czy 15 mln Górnika, to już samo z siebie wychodzi, że te zespoły musiały tam trafić. Były najlepsze, z największym budżetem, z reprezentantami Polski, Litwy. Pomijając już budżety, było widać różnice w każdym calu i uważam, że jest to zasłużony awans tych dwóch zespołów. Myślałem jednak, że awansuje Pogoń Szczecin. Zwłaszcza, że związany byłem ze Szczecinem, stamtąd pochodzę i życzyłem awansu temu klubowi. Brak awansu Pogoni to była dla mnie największa niespodzianka. Wygrywają jednak zawodnicy i nie jest ważne, jaki dany klub ma budżet. Jeżeli jest dobry zespół, to niech awansuje i Kluczbork.

Były już jakieś rozmowy na temat Pańskiej przyszłości w KSZO?

- Nie było jeszcze żadnych rozmów. Ja mam kontrakt do 30 czerwca. Na pewno jest to fajny zespół i chciałbym dalej go prowadzić, ale to nie zależy już ode mnie. Będzie opcja pozostania w klubie, to zostanę, jeśli nie, to z końcem czerwca odejdę. Nikt mnie stad nie wyrzuca, bo kończy mi się kontrakt. Ja lubię pracować z ludźmi, którzy chcą coś osiągnąć w piłce. Zawodnicy też są w próżni, nie ma jasności co do tego, kto odejdzie, kto zostanie. Mam nadzieję, że do 15 czerwca wszystko się wyjaśni. Lubię otwarte sprawy, jeżeli miałbym odejść, to chciałbym to jak najszybciej wiedzieć. Ja się nie pogniewam. Takie są realia, takie jest życie trenera. Nie trzymam się pazurami. Jeżeli ktoś mnie nie chce, nie ma problemu.

Pomijając już sprawy ligowe. Ma Pan swoich faworytów na Mistrzostwach Świata?

- Hiszpania. Oni grają kapitalną piłkę, ale to nie znaczy, że zdobędą mistrzostwo świata. Są też Brazylia, Anglia, Argentyna, która ma świetnych zawodników, ale czy będą tworzyć zespół i czy Maradona jako trener się sprawdzi, zobaczymy. Niebezpieczni mogą być piłkarze WKS. Grają u siebie, w Afryce, mogą namieszać. Holandia jest nieobliczalna. Oby pojawiła się jakaś niespodzianka, bo tak jest zawsze.

Dziękuję za rozmowę.
/MS/

Podziel się ze znajomymi:
Czytany: 17734 razy,
ostatnio: 2019-11-14 03:36:27
Skomentuj artykuł:
Powrót