Wiadomości z Ostrowca Świętokrzyskiego

Powrót2005-08-01

Andrzej Broda: Nie odejdzie

Rozmowy niekontrolowane

Pochodzi z Ostrowca Św., tu wychowuje swoje dzieci. Przed dwoma tygodniami uzyskał awans na stopień inspektora policji. Z komendantem powiatowym Andrzejem Brodą rozmawiamy o planach na przyszłość, ale także o problemach policjantów i ich wizerunku wśród społeczeństwa.

Kliknij na ikonę aby powiększyć załącznik
- Panie komendancie, kilka dni temu otrzymał Pan awans na wysoki stopień inspektora, który otwiera Panu drogę do kolejnych szczebli kariery. Czy kierowanie komendą powiatową zaspokaja Pańskie ambicje, czy raczej wolałby Pan przenieść się do innej jednostki?
- Na pewno awans jest dla mnie wielkim wyróżnieniem i potwierdzeniem, że to co robię, jest przez moich dowódców dostrzegane i postrzegane pozytywnie. Uważam, że to nie tylko mój sukces, bo bez doskonałej pracy policjantów nie zdołałbym tego osiągnąć. Pracuje mi się tu świetnie, w tej jednostce przeszedłem wszystkie stopnie, wszystkiego się nauczyłem. Znam współpracowników i oni znają mnie. To moja komenda i chyba nie chciałbym jej zmieniać.

- Czy Pana zdaniem łatwiej jest być komendantem w rodzinnej miejscowości i jednostce, w której przeszło się drogę kariery zawodowej?
- W polskiej policji do tej pory nie ma zdrowej zasady awansowania. Bo co to znaczy iść gdzieś indziej? W naszych realiach okazuje się, że mam znowu problem z mieszkaniem, szkołą dzieci, pracą żony. W innych krajach ten system funkcjonuje zupełnie inaczej, choć tam oczywiście rynek pracy jest inny. Tam przenosi się policjanta, załatwia mu dom, a jego żona ma większe szanse na znalezienie pracy bez "załatwiania". Patrząc na nasze realia myślę, że moja wskazówka przechyla się jednak na stronę rodzinnego miasta. Ważne jest także, że jestem cały czas z tą jednostką. Wszyscy inni, nie obrażając moich kolegów i poprzedników, dojeżdżali do Ostrowca Św., a to jest zawsze utrudnienie. Dziennie trzeba stracić dwie godziny na dojazdy. To czas stracony, a odbija się na zdrowiu, życiu prywatnym oraz służbie.

- Układy koleżeńskie, choćby z czasów szkolnych ułatwiają Panu pracę, czy wręcz przeciwnie?
- Dla mnie układy koleżeńskie to są zdrowe, normalne zasady między znającymi się ludźmi. Wiem, z kim mogę je zachować, że są ludzie lub instytucje, na których pomoc mogę liczyć. Jeżeli jest to dobrze pojęte przez wszystkie strony, to jest to zjawisko pozytywne. Zresztą nawet gdybym przeszedł do innej miejscowości, po pół roku też będę miał tam kolegów. W takiej sytuacji nawet prędzej ktoś by przyszedł i próbował nawiązać jakiś kontakt, coś załatwić.

- A co, jeśli przyszedłby do Pana kolega i poprosił o pomoc w wyciągnięciu siebie czy członka rodziny z kłopotów z prawem?
- Zawsze stosuję jedną zasadę i to jest najmilszą stroną koleżeństwa. Tym ludziom, kolegom trzeba po prostu wytłumaczyć, co się stało. Mogę pomóc w ten sposób, że powiem co może za określone zdarzenie grozić. Powiedzieć jaka jest sytuacja, jak będzie przebiegało postępowanie. Doradzić, żeby nie brać adwokata, kiedy ten nie jest w stanie pomóc. Każde inne zachowanie, byłoby podcinaniem gałęzi, na której siedzę. Każda "pomoc" niestety wiązałaby się z konsekwencjami. Spotykam wiele ludzi, znajomych i przyjaciół, którzy nie znają systemu prawnego, nie wiedzą jak prawo funkcjonuje, z kim rozmawiać. Oni jako dużą pomoc traktują już wytłumaczenie pewnych spraw. Ważne, by stosunki koleżeńskie nie zostały skażone moimi przekroczeniami, a z drugiej strony oni powinni wiedzieć, że to co mogłem dla nich zrobić, to zrobiłem.

- Ostatnio ostrowiecka komenda zapisała się dosyć niechlubnie. Aż dwa zdarzenia z udziałem pijanych policjantów dotyczyły właśnie tej jednostki...
- To nie jest tylko problem ostrowieckiej komendy, powiem żartobliwie, że rekordzistami w zawartości alkoholu nie byli ostrowieccy policjanci. Wielokrotnie powtarzałem, że alkohol jest problemem i to w każdej grupie zawodowej. U nas ten problem jest postrzegany z dwóch stron. Po pierwsze patrzy się na nas jako na tych, którzy powinni go karnie rozwiązywać. Z drugiej strony my wewnętrznie musimy wiedzieć, skąd się to bierze. Wszystko zależy od tego, kto do policji przychodzi, jak podatny jest na to, z czym codziennie się styka, jak oddziaływać na niego psychologicznie, jak rozwiązywać problemy w gronie kolegów, dostrzegać je. Podkreślam też, że ogromną rolę odgrywają problemy finansowe. Uposażenie policjanta jest, jakie jest (według danych KGP, średnie wynagrodzenie brutto w policji wynosi na stanowiskach: kursanta- 1360 zł, policjanta- 2100 zł, dzielnicowego- 2500 zł, kierownika rewiru- 2900 zł, komendanta komisariatu- 5000 zł, komendanta powiatowego- 5650 zł, komendanta wojewódzkiego- 7950 zł- przyp. red.). A co to jest alkohol? To przecież sposób odreagowywania. To, że policjanci funkcjonują w stresie jest normalne i oczywiste. Więc jak ci ludzie mają odreagować? W normalnej sytuacji, np. niemiecki policjant po prostu jedzie na wczasy, odpoczywa. Nie musi myśleć, skąd wziąć na to pieniądze. U nas niestety nie jest to takie proste.

- Ale przecież w takich realiach żyjemy w Polsce wszyscy...
- Zgadza się, tak jak powiedziałem problem alkoholu nie dotyczy tylko policjantów. Czy lekarze nie piją, czy z nimi jest inaczej?

- Może problem leży gdzie indziej? Może winę za alkoholizm młodych policjantów ponosi nieodpowiedni system rekrutacji?
- Osobiście nie spotkałem się, by problem alkoholizmu dotyczył młodych policjantów, to przychodzi później. Zgadzam się z tym, że sposób naboru jest restrykcyjny. A mimo to ludzie garną się do policji.

- Pewnie dlatego, że służba w policji jest, podobnie jak wojsko, postrzegana jako praca stabilna i w miarę pewna.
- Proszę zwrócić uwagę na to, że w Warszawie nie ma policjantów. Nabory do pracy w terenie biorą się właśnie stąd, że tam nie ma pełnej obsady. Myślę, że problem jest gdzieś w środku. Czasami "łapiemy" wszystko co się da. Potem okazuje się, że przez sito przeszedł ktoś, kto się po prostu nie nadaje. Ten system naboru miał być antykorupcyjny, nie wiem czy ujęto w nim coś takiego, jak podatność człowieka na chęć do alkoholu.

- Nie uważa Pan, że czasami sami koledzy policjanci pomagają w ukrywaniu takich problemów? Nie raz można usłyszeć opowieści o tym, jak funkcjonariusze odwożą pijanych kolegów radiowozami i dosłownie wnoszą do domów.
- W każdej grupie zawodowej występuje pewna solidarność. Komendant wojewódzki Arkadiusz Pawełczyk powiedział ostatnio, że nic nie da się zrobić wtedy, gdy już jest po fakcie, gdy policjant "wpadł". Niech ci koledzy przyniosą takiego raz do domu, ale na drugi raz niech już z nim nie piją. Niech mu powiedzą: "Słuchaj, jak już tyle pijesz, coś jest nie tak, idź do przełożonego, poszukaj pomocy". Mamy przecież psychologów, specjalne ośrodki i coraz częściej policjanci z tego korzystają. Możemy być zadowoleni, że system zaczyna funkcjonować.

- Policjanci zaczynają mieć zaufanie do psychologów?
- Chyba jeszcze nie. Po prostu wcześniej tego systemu nie było, a i o alkoholizmie mówiło się mniej. Teraz nie ukrywamy, że problem z alkoholem w policji jest, ale skoro jest, to należy go rozwiązywać, a nie czekać na to, aż w końcu coś się stanie. Policjanci coraz częściej zaczynają tak rozumować. My staramy się budować zaufanie, dobrą atmosferę. To, że policjant nie musi się bać przyjść i powiedzieć mi, że ma problem, że chce gdzieś pojechać, leczyć się, to już jest duży krok naprzód.

- Jak pan sądzi, czy polskie społeczeństwo ma zaufanie do policji?
- Nigdy nie było diagnozowane zaufanie do policji, pod kątem zapewnienia bezpieczeństwa. My przeprowadziliśmy takie badania w powiecie ostrowieckim, wypadły dobrze i stawiają policję wysoko. Społeczeństwo ma do nas zaufanie. Myślę, że dobrze, że mówi się głośno o tym, co w policji jest źle, czego brakuje. Jeśli ludzie rozumieją, że na radiowóz nie będą czekać 10 minut, jak w amerykańskim filmie, ale pół godziny, bo po prostu nie mamy sprzętu i ludzi, zupełnie inaczej do sprawy podchodzą.

- Jesteście jednak postrzegani zupełnie inaczej niż dawna milicja...
- Kiedyś chyba nikt nie mówił o zaufaniu do milicji, była to raczej obawa, a może i większy szacunek. Pamiętam kiedy jeszcze pracowałem w ruchu drogowym, a byłem już policjantem, któregoś dnia stałem na skrzyżowaniu z sygnalizacją świetlną, w mundurze. I nagle wpadła na mnie kobieta, która przeszła sobie na czerwonym świetle. Musiała mnie widzieć, ale uznała chyba, że nie mogę jej nic zrobić. Na moją uwagę, że światła są po to by ją ochronić, a nie utrudniać życie stwierdziła, że jej się spieszy. Czy w latach 70- tych ktoś z nas przeszedłby nieprawidłowo przez jezdnię, kiedy w pobliżu był dzielnicowy? Ostatnimi czasy zauważamy, że w pewnych kręgach taka postawa wraca. Z rozmów z ludźmi wynika, że znów oczekują takiego dzielnicowego, jak kiedyś był. Musi jednak być zrozumienie, a my musimy wiedzieć, co nam wolno i nie przekraczać tej granicy.

- Być może powodem nieufności jest poczucie bezkarności niektórych funkcjonariuszy? Przecież zupełnie niedawno było głośno o policjancie, który dopiero po kilku "wpadkach" został wyrzucony z pracy. A społeczeństwo, jego sąsiedzi i znajomi widzieli, że czuje się pewnie i wyrobili sobie zdanie.
- Jeżeli mam jasność, co się stało i w jakich okolicznościach, nie ma dyskusji. Ostatnio w ten sposób pożegnałem się z dwoma policjantami. Czasami społeczeństwo musi nam pomóc, inaczej nic nie będzie można zrobić. Jako komendant mam określone przepisy i warunki, jak i za co mogę podwładnego ukarać. Nie zawsze musi to być od razu zwolnienie z pracy, czasem wystarczy upomnienie, by się opamiętał. Muszę mieć dowody, by podjąć decyzję, a czasem ich po prostu nie ma. Podobnie jest w przypadku spraw rodzinnych, a takie skargi również przyjmuję od policjantów. Jeżeli nie mają one związku ze służbą i nie ma konkretnych zarzutów, nie bardzo mogę cokolwiek zrobić. Wiem jednak, że ludzie patrzą na to ze swojego punktu widzenia: "On jest policjantem, powinien wiedzieć jak się zachować". Faktycznie, powinien.

- Jak więc w takich razie powinniśmy dziś patrzeć na policjantów?
- Często mówi się: "A co on mi może zrobić". Tamten system prawno- porządkowy był ostrzejszy, ale organizacyjnie był chyba sprawniejszy. Dziś nieco inaczej podchodzi się do sprawy. Zamiast od razu lać pałą, policjanci czasami muszą być pedagogami, bo przecież taki zatrzymany nastolatek, jeśli już znajdzie się w tym prawnym wirze, nigdy nie zmaże z siebie piętna. Do końca życia będzie w naszych rejestrach. Brak jest działań, które by temu zapobiegały.

- Przez cztery lata pełnił pan funkcję radnego w Ostrowcu Św. Czy łączenie pracy w policji z samorządową to dobry pomysł?
- Myślę, że daje wiele. Zacząłem być radnym jeszcze gdy byłem naczelnikiem, potem zastępcą komendanta. Myślę, że dopiero funkcja komendanta łączona z radnym byłaby niezręczna. Pamiętam na początku lat 90-tych, kiedy samorząd dopiero powstawał, opinia na temat przekształconej policji była bardzo negatywna. Byłem naczelnikiem prewencji, a komendant Kocjan zaproponował mi, żebym zaprosił radnych z komisji bezpieczeństwa na komendę. Mogli przyjść na dyżurkę i zobaczyć jak pracujemy, czy mamy czym załatwiać interwencje i jakie one są. Gdy zobaczyli jak to wygląda, stali się naszymi najlepszymi orędownikami. Jestem zwolennikiem otwartego mówienia o policji. Tak naprawdę jest bardzo niewiele spraw, o których nikomu nie powiemy. Weźmy na przykład zarzut, że na ulicach jest nas za mało. To fakt. Ale wielokrotnie powtarzałem, że ? obsady musi niestety pracować przy biurku, wykonywać prace dochodzeniowo- śledcze. Gdyby zdarzeń było mniej, mogliby pracować na ulicach, bardzo chętnie bym ich tam wysłał. Gdyby społeczeństwo trochę się uspokoiło, może byłoby to możliwe i to mówiłem także kolegom radnym. Teraz w Radzie Miasta również jest policjant, i dobrze.

- Komendant główny otwarcie mówi o zbytnim upolitycznieniu policji. Zgadza się Pan z tą opinią?
- Jeżeli tak, to na tych wyższych stanowiskach. Zawsze współpracowaliśmy z władzami samorządowymi, bez względu na zabarwienie polityczne. Nie mamy innego rozwiązania, bo pomoc samorządów jest nam bardzo potrzebna.

- Przejawem takiej współpracy może być realizowany z władzami powiatu program "Bezpieczny powiat ostrowiecki"? Czy jako komendant policji dostrzega Pan efekty tych działań?
- Bezpieczny powiat ostrowiecki to nie tylko policja, ale cała masa innych instytucji. Popatrzmy na naprawione chodniki, drogi w gminach, oświetlone ulice, czy choćby takie inicjatywy jak turniej piłkarski "Ogrody", który pozwala na zagospodarowanie czasu młodych ludzi. To wszystko składa się na budowanie bezpieczeństwa. Program realizujemy od 5 lat, zbliża się czas podsumowań, ale nie chciałbym jeszcze o tym mówić. Chodzi przecież tak naprawdę o prewencję. Policja to po prostu pogotowie ratunkowe, wkraczamy wtedy, kiedy już coś się stanie. Cała filozofia polega na tym, żeby się nie stało. Trzeba więc nakarmić takiego potencjalnego przestępcę, dać mu zajęcie, osłonić socjalnie. Na tym właśnie polega budowanie bezpieczeństwa.

- Dziękujemy za rozmowę.
/A. Śledzińska, W. Frańczak/

Podziel się ze znajomymi:
Czytany: 16637 razy,
ostatnio: 2019-12-06 10:26:46
Skomentuj artykuł:
Powrót