Wiadomości z Ostrowca Świętokrzyskiego

Powrót2005-07-25

Józef Grabowski: Nie boi się niczego

Rozmowy niekontrolowane

Magister ekonomii, inżynier metalurg, ma także ukończone kursy pedagogiczny, głównych księgowych, syndyków masy upadłościowej, kandydatów na członków rad nadzorczych oraz z zakresu windykacji zadłużeń, jakości funduszy unijnych. Józef Grabowski, od czterech lat kieruje Szpitalem Powiatowym w Ostrowcu Św., jest członkiem Rady Miasta, a także założycielem Stowarzyszenia Rozwoju Wsi Boria-Lemierze- Podgórze- Wiktoryn, które prowadzi szkołę podstawową w Podgórzu.

Kliknij na ikonę aby powiększyć załącznik
- Jak to się stało, że w tak trudnym okresie, po zamieszaniu z poprzednimi dyrektorami, wizją likwidacji, zdecydował się Pan objąć funkcję dyrektora Szpitala Powiatowego w Ostrowcu Św.? To dość nietypowe zajęcia dla absolwenta Akademii Górniczo- Hutniczej.
- Całe moje zawodowe życie skupia się na dużym zaangażowaniu w pracę z ludźmi. Proszę sobie przypomnieć, że kiedy pracowałem w hucie, to pierwszym moim wyzwaniem było kierowanie działem planowania ekonomicznego, kiedy jeszcze zakład rozwijał się. Później byłem zastępcą dyrektora ds. pracowniczych i to również wymagało nakładów pracy, a zakres moich obowiązków był bardzo szeroki. Od spraw typowo pracowniczych, poprzez budowę mieszkań, remonty i zarządzanie ośrodkami wczasowymi, których huta była właścicielem. Kiedy trzeba było podjąć się pracy w szpitalu, byłem pracownikiem samorządowym, zastępcą kierownika urzędu pracy, autorem projektów z zakresu likwidacji bezrobocia, szkoleniowych. Przyznaję, że sytuacja w szpitala była bardzo trudna. Pojawiły się informacji o zamiarze ogłoszenia zamknięcia, były nekrologi, trumny, protesty pracowników, modlitwy w kościołach o jego utrzymanie. Wszystkie problemy zapętliły się, a ja znalazłem się w samym środku.

- Do tej pory szpitalem kierowali prawie zawsze lekarze. Czy więc nie jest dziwne, że funkcję dyrektora powierzono człowiekowi z innej branży?
- Zarządzanie szpitalem to nie branża, ale wiedza. To nie jest profesja dla lekarzy. Szereg autorytetów z zakresu organizacji zarządzania wypowiada się, że szpitalem nie powinni kierować lekarze. Lekarzowi jest trudno oceniać sytuację wokół i sprawnie zarządzać, ponieważ jego kształcenie jest ukierunkowane na udzielanie pomocy, pomocy człowiekowi, w konkretnej sytuacji, kiedy lekarz podejmuje natychmiastową decyzję, co robić. W sprawach zarządzania liczy się chłodna ocena sytuacji i zdolność przewidywania wydarzeń, które mogą nastąpić jutro, pojutrze. Trzeba mieć jakiś model docelowy.

- Sytuacja ostrowieckiej placówki była wtedy wręcz dramatyczna?
- Kiedy podejmowałem się kierowania szpitalem, jego długi wynosiły ponad 20 milionów złotych. Były to m.in. zobowiązania wobec załogi z tytułu niewypłaconych 13 pensji i dyżurów lekarskich. Był wypowiedziany układ zbiorowy, trwał spór zbiorowy załogi z dyrekcją. Ci, którzy tu doradzali wcześniej chyba zatracili poczucie racjonalnej oceny sytuacji.

- Od czego zaczął Pan pracę?
- Najważniejsze było nawiązanie dialogu z załogą.

- Początki tej współpracy chyba nie były zbyt udane, choćby ze względu na spór ze związkami zawodowymi?
- Spór dotyczył poprzedniej dyrekcji. Po przyjściu 6 sierpnia, zorganizowałem spotkanie z załogą, systematyczne spotkania ze związkami zawodowymi i doprowadziłem do tego, że spór zbiorowy został rozwiązany. Umówiliśmy się do wypłaty należności za dyżury lekarskie, ratalne wypłacanie zaległych "trzynastek" i stopniowe wypłacanie należności z tytułu ustawy "203". Sporu związków zawodowych ze mną nie odnotowano, nie ma takich dokumentów. Oczywiście nie zawsze musieliśmy się zgadzać, ale po to byłem na miejscu, żeby w każdej sprawie rozmawiać. Zrobiłem diagnozę sytuacji i określiłem ją jasno. Jeszcze przed końcem 2001 roku dla rozładowania napięć postanowiłem zorganizować ludzi wokół jasno określonego celu. Był nim powrót do procesu akredytacji. Odkładając nieco problemy, udało nam się w 2002 roku uzyskać certyfikat jakości. Oczywiście pomysł budził wiele wątpliwości, ale znakomita większość załogi zgodziła się na to, choć uporządkowanie dokumentacji, wdrożenie pewnych procedur wymagało ogromnej pracy. Potem opracowaliśmy zweryfikowany program naprawczy.

- Znalazł się Pan w szpitalu w jego najtrudniejszym okresie. Jak udało się rozwiązać te problemy, zmobilizować załogę?
- Trzeba było zaciągnąć kredyt, ponieważ presja dostawców była tak ogromna, że wierzyciele uciekali się do zajęć komorniczych. Nawet firmy ostrowieckie, które współpracowały ze szpitalem, mleczarnia i firmy prywatne techniczne, zaczęły domagać się spłaty długów. To była trudna sytuacja, trzeba było też spłacać wcześniej zaciągniętą pożyczkę w wysokości 3 mln złotych. Rok 2001 był rokiem tragicznym- przełomowym, ale jednocześnie załoga uwierzyła, że jeszcze można tu coś zrobić. Wszyscy chcieli rozwiązać problem i to było najważniejsze.

- Czy ratowanie szpitala wiązało się ze zwolnieniami?
- Restrukturyzacja obejmowała przede wszystkim prywatyzację specjalistyki. Praktycznie wszyscy ludzie, którzy mieli uprawnienia do świadczeń, wykorzystali je. Nikt nie stracił pracy, nie mając zabezpieczenia. Przykre jest to, że w momencie kiedy się prywatyzowała specjalistyka, nagle okazało się, że pielęgniarki i pracownicy techniczni są tam niepotrzebni. Przyjąłem tych ludzi do szpitala, choć oczywiście pojawiły się zarzuty, że niszczę dyplomy. Faktycznie, nie było miejsca gdzie indziej, więc część pielęgniarek przyjąłem na salowe. Starałem się rozwiązać ten problem z jak najmniejszą szkodą dla pracowników. Wielu ludzi z perspektywy czasu przyznaje mi rację. Kiedy się spotykamy, mówią, że dobrze zrobili, że odeszli wtedy. Myślę, że w tym zakresie nie mam sobie nic do zarzucenia. Jeśli nawet ktoś doznał jakiś niedogodności, to chyba w imię wyższych celów, a ci, którzy zostali, mają pewną pracę.

- Mówiąc o wyższych celach proszę przypomnieć, czy w tym najgorszym dla szpitala czasie był Pan zmuszony do podejmowania trudnych decyzji? Rezygnacji z rzeczy potrzebnych?
- Różnorodność zawodów w szpitalu jest ogromna. Ogromne są też dysproporcje, od lekarza, operatora, do salowej czy pracownika technicznego. Zarządzanie zasobami ludzkimi jest tu bardzo trudne. Zawsze jednak pracowałem z ludźmi, dlatego w pierwszej kolejności miałem na względzie potrzeby ludzkie. Umówiliśmy się ze związkami, że najpierw uregulujemy zaległości wobec pracowników, oczywiście mając na uwadze ciągłość pracy szpitalu. Dopiero w drugiej kolejności zajęliśmy się zakupem sprzętu i remontami. Oprócz przychodów z funduszu, zwracałem uwagę na odzyskiwanie naszych należności drogą sądowa, co nie udawało się moim poprzednikom. Przyszedł już taki czas, że zaczęliśmy szpital dosprzętawiać. Chcę, żeby ten rok jubileuszowy dla placówki, zapisał się właśnie jako czas zakupu nowych urządzeń. W ubiegłym roku, przy pomocy Rady Miasta i prezydenta zakupiliśmy siódmy aparat do hemodializy, w tym roku również otrzymałem od miasta pieniądze na sprzęt dla oddziałów kardiologii, laryngologii i urologii. Nie bez znaczenia jest pomoc ze władz powiatu ostrowieckiego. Od początku roku mam kupione dwie zmiany pościeli, koce, materace, będą kupowane nowe łóżka. Ta pomoc jest znacząca. W tym roku kupiliśmy też sprzęt do operacji laparoskopowych stawów kolanowych dla ortopedii. Kosztował ponad 200 tysięcy złotych. Kupiliśmy urządzenie do rozkruszania kamieni w przewodach moczowych i chyba niedługo dokupimy przystawkę do rozbijania kamieni w nerkach. Jest sprzęt do robienia operacji zaćmy na oddział okulistyki. Operacja będzie teraz trwać około 15- 20 minut, podczas gdy tradycyjna około 45 minut. Praktycznie po jej zakończeniu pacjent widzi od razu. Kupiony jest także zestaw Kleinsassera do operacji gardła i nosa.

- Słuchając Pana można odnieść wrażenie, że ostrowiecki szpital działa teraz na najwyższym poziomie. Jednak mieszkańcy miasta są chyba innego zdania. Wiele osób w sprawach okulistycznych woli jechać do Starachowic, z problemami ortopedycznymi do Staszowa, zaś ginekologicznymi do Iłży. Dlaczego?
- Taka jest prawda obiegowa. Jednak na ortopedii zanotowaliśmy w ostatnim czasie znaczący przypływ pacjentów. W 1999 roku leczyło się tu 964 osoby, ale już w 2002 roku- 1352. W roku 2003 mieliśmy 1551 pacjentów ortopedycznych, a w 2004 roku- 1601. W samym pierwszym półroczu tego roku leczono na tym oddziale 824 osoby, a więc prawie tyle, co przez cały rok sześć lat temu. Średni okres pobytu w szpitalu zmniejszył się od tego czasu z 10,5 do 4,6 dnia. Myślę, że ten trend na wyjazdy do innych miasta się odwraca. Proszę zobaczyć, że zakup sprzętu i zatrudnienie nowych lekarzy pomaga. Nie należy zapominać, że w Staszowie pracuje lekarz z Ostrowca Św., dobrze znany mieszkańcom, co też nie jest bez znaczenia. Sympatie, i znajomości powodują, że ludzie jeżdżą do niego. Pacjenci mają prawo wyboru.

- Ale czy nie jest to raczej brak zaufania do Pańskiej placówki?
- Żałuję, jeśli takie są opinie, ale robimy wszystko, by w krótkim czasie je zmienić. Muszę powiedzieć, że nasi lekarze często dokonują "poprawek" u pacjentów leczonych w tamtych ośrodkach. Faktycznie w okulistyce mieliśmy spore zapóźnienia, ale nie miałem pieniędzy na kupno nowego sprzętu. Teraz kupujemy nowoczesne urządzenia i to na pewno pomoże. Ludzie zatrudnieni w tych oddziałach plus sprzęt, jaki dostali w tym roku zrobią na pewno wszystko, żeby w przyszłości taka opinia się nie pojawiała.

- W takim razie co uznałby Pan za chlubę ostrowieckiego szpitala?
- Ludzi, którzy tu pracują. Oddziały urologii, chirurgii, pulmonologii, kardiologii. Średnio rocznie leczymy ponad 25 tysięcy pacjentów, nie tylko z powiatu ostrowieckiego. Przede wszystkim możemy się chwalić ludźmi, mimo tego, że różne jest nastawienie do mojej osoby. Ale przecież nie każdemu można dogodzić.

- Uchodzi Pan za osobę trochę kontrowersyjną. Są opinie, że potrafi Pan być nieprzyjemny dla pracowników.
- Kiedy sytuacja tego wymaga, wolę być nieprzyjemny dla pracownika i wyjaśnić sobie wszystko prosto w oczy, niż podjazdowo szczypać i nękać.

- Czy za takie "podjazdowe nękanie" uznaje Pan anonimy adresowane do starosty, pisane przeciwko Panu?
- Myślę, że tak. Jeżeli się nie ma odwagi, albo się chce komuś dokuczyć, to się ucieka do anonimów, pomówień, tego co ktoś gdzieś usłyszał...

- Przykładem takiego nieporozumienia może być sprawa z panią Zbydniowską? Została wybrana przez komisję na ordynatora oddziału, ale Pan, mając głos decydujący, odrzucił jej kandydaturę...
- Uznałem, że nie spełnia moich oczekiwań.

- Więc opinia komisji konkursowej nie była wiarygodna?
- W kwestii tej Pani nie.

- To może trzeba zmienić komisję?
- Nie będę się na ten temat wypowiadać. Pani Zbydniowska podała szpital do sądu, wyrok w pierwszej instancji był dla niej korzystny. Odwołałem się, czekamy na decyzję.

- Wiele mówi się o wszechobecnej korupcji wśród lekarzy, dawaniu "kopert" dla zapewnienia sobie właściwej opieki. Czy jako dyrektor miał Pan skargi na swoich lekarzy?
- Jeśli takie oficjalne informacje dotarłyby do mnie, natychmiast wyciągnąłbym konsekwencje.

- Wspomniał Pan o pomocy otrzymywanej od samorządów. Prezydent Ostrowca Św. często wypowiada opinię, że gdyby szpital znajdował się w zarządzie miasta, szybko poradziłby sobie z jego kłopotami, zlikwidował zadłużenie. Czy faktycznie byłoby to takie proste?
- W okresie mojego zarządzania dług szpitala zmniejszył się o około 6 milionów złotych i uważam to za sukces. Zobowiązania wobec pracowników są regulowane, od 1999 roku znacznie się zmniejszyły. Pomysły Pana Prezydenta są zawsze nie do końca rozpoznawalne, więc trudno mi je oceniać. Ja realizuję swoje zamierzenia, myślę, że z dobrym skutkiem.

- Jak w takim razie oceni Pan współpracę z organem zarządzającym, czyli powiatem? Jest Pan chyba w trudnej sytuacji jako pracownik powiatowy, a jednocześnie członek Rady Miasta, biorąc pod uwagę konflikt pomiędzy władzami tych samorządów.
- Podjąłem się kierowania szpitalem, który służy nie tylko mieszkańcom powiatu ostrowieckiego, ale ludziom, którzy potrzebują pomocy. Zabarwienie polityczne jest na zebraniach politycznych, natomiast w obu samorządach zawsze staram się wyjednać środki dla szpitala, załatwić problemy. Samorząd powiatowy spełnia dobrą rolę i zawsze otrzymuję wsparcie. Nie spotkałem się z odmową uzasadnionych potrzeb czy rozwiązań.

- Jak oceniłby Pan pracę Rady Miasta tej kadencji. Czy nie uważa Pan, że niektóre decyzje podejmowane przez politycznych konkurentów mogą dziwić mieszkańców? Szczególnie gdy opozycja głosuje zgodnie z wolą prezydenta miasta?
- Nie chciałbym tego analizować. Ja staram się podejmować decyzje zgodnie z własną oceną sytuacji.

- Jest Pan członkiem Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Partii, która szczególnie w Ostrowcu Św. wciąż zaskakuje wewnętrznymi waśniami, próbami forsowania rozwiązań pozytywnych dla pojedynczych osób. Czy to normalne?
- Sytuacja wewnętrzna w SLD powinna być komentowana przez jego władze. Ja póki co jestem tylko jego członkiem.

- Jest Pan również kandydatem do Sejmu właśnie z listy SLD. Dlaczego zdecydował się Pan kandydować?
- W pewnym momencie, szczególnie w roku 2003 jako dyrektorzy szpitali zawiązaliśmy Związek Pracodawców Zakładów Opieki Zdrowotnej. Ten rok był bardzo trudny, nastąpiły zmiany w centrali funduszu zdrowia, mieliśmy kontrakty obniżone o 10 procent. Stworzyliśmy swego rodzaju koalicję szpitali powiatowych, aby były one inaczej postrzegane. Jestem w komisji dialogu społecznego w województwie. Brałem udział w kilku posiedzeniach komisji senackiej, widziałem jak prowadzone są obrady. Ostatnie zawirowania pokazały, że służbą zdrowia próbuje się grać. Zdecydowałem się kandydować, żeby to zmienić. Żeby głos praktyka ze szpitala był słyszalny w Sejmie. Jest to w jakimś stopniu kontynuacja kariery samorządowca, wcześniej byłem przecież radnym wojewódzkim. Byłem też kuratorem sądowym, wiem, ile jest biedy i nieszczęść ludzkich. To jest świadomy, przemyślany wybór. Chciałbym, aby o służbie zdrowia przestali się wypowiadać karierowicze, albo ludzie którzy po prostu nie mają o niej pojęcia.

- Czy jeśli zdobędzie Pan mandat, zrezygnuje Pan z funkcji dyrektora szpitala? Pogodzenie tych dwóch obowiązków może być trudne i męczące.
- Nie chcę się na ten temat teraz wypowiadać. Nie jeszcze podjąłem decyzji. Myślę, że mam grono zastępców, które pomogłoby mi w zarządzaniu szpitalem i pogodzeniu tego z obowiązkami poselskimi. Ale decyzja jest jeszcze przede mną. Nie wiem, czy mam szansę na wygraną, ale gdybym w to nie wierzył, nie podejmowałbym się kandydowania.

- Czy nie boi się Pan, że ewentualna przegrana i słaby wynik będzie argumentem dla Pana przeciwników i pewnym sprawdzianem tego, jak jest Pan postrzegany w społeczeństwie?
- Ja się niczego nie boję i biorę to pod uwagę. Przeciwnicy polityczni powinni wykazywać się aktywnością, wyszukiwaniem argumentów, a nie opieraniem na wynikach wyborczych. Od dawna pracuję dla ludzi i z ludźmi. To jaką ocenę dostanę, będzie pewną weryfikacją moich działań, dokonaną przez zwyczajnych mieszkańców, być może pacjentów szpitala.

- Dziękujemy za rozmowę.
/A. Śledzińska, W. Frańczak/

Podziel się ze znajomymi:
Czytany: 16978 razy,
ostatnio: 2019-12-14 05:48:30
Skomentuj artykuł:
Powrót