Wiadomości z Ostrowca Świętokrzyskiego

Powrót2005-07-12

Leszek Bugaj: Polska, to jest dziwny kraj

Rozmowy niekontrolowane

Jest samorządowcem z krwi i kości. Posłem I, II i IV kadencji, wieloletnim radnym gminy Bodzechów i Sejmiku Województwa Świętokrzyskiego. Jest również prezesem Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej w Ostrowcu Św. O tym, co dzieje się z Polską i co działo się przez ostatnie lata w regionie, rozmawialiśmy z Leszkiem Bugajem.

Kliknij na ikonę aby powiększyć załącznik
- Panie pośle, w ostatnich wyborach parlamentarnych nie zdobył Pan ilości głosów wystarczających do wejścia do Sejmu. Jednak po wyborach do europarlamentu okazało się, że ma Pan szansę na mandat posła. Dlaczego zrezygnował pan z funkcji radnego Sejmiku Wojewódzkiego i wybrał Sejm? Czy nie uważa Pan, że dostał się do niego trochę "kuchennymi drzwiami"?
- Żeby na to pytanie odpowiedzieć, trzeba się cofnąć. Moja pierwsza formalna przygoda z polityką zaczęła się w 1989 roku, byłem jedynym kandydatem PSL na senatora. Po półtora roku zostałem posłem I kadencji, potem II, mając po kilkanaście tysięcy głosów. Żeby mówić o jakichkolwiek drzwiach, trzeba o tym wszystko wiedzieć.

- Jednak gdyby nie rezygnacja burmistrza Gierady, nie otrzymałby Pan mandatu...
- Ale co z tego wynika? Miałem powiedzieć Gieradzie, żeby nie odmawiał?

- To była jego decyzja. Proszę powiedzieć dlaczego Pan przyjął mandat.
- Dlatego, że wcześniej kandydowałem na posła i ci, którzy mnie wybierali na radnego wojewódzkiego wiedzieli, że to jest moja droga życiowa. Oczywiście nie podjąłem tej decyzji osobiście. W czasie dyskusji z kolegami z klubu radnych Sejmiku Wojewódzkiego padło zdanie "Idź do Sejmu, bo tam będziesz potrzebny". To było konsultowane z wicemarszałkiem, całym klubem i na zarządzie powiatowym PSL. Co ciekawe, nie zmieniało to mojej pracy zawodowej, mogę pracować tak jak podczas I i II kadencji. Rada Nadzorcza także mnie poparła.

- Oprócz sprawowania mandatu, jest pan również prezesem Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej w Ostrowcu Św. Czy nie ma Pan wrażenia, że zakład ten, przynajmniej z zewnątrz, przypomina skansen?
- Prezesem Spółdzielni zostałem po powrocie z II kadencji Sejmu, w 1998 roku. Nie opieram się na wrażeniach, ale na faktach. Kiedy zostałem prezesem, zakład miał ponad 3 mln złotych długu. Dziś ta firma nie ma żadnych zadłużeń. Być może wygląda jak skansen, bo faktycznie robimy ładne trawniki, kwietniki wokół i może sprawia takie wrażenie. O tym jak wygląda w środku, najlepiej świadczą opinie zakładu weterynaryjnego. Po dwóch największych zakładach w województwie w Końskich i Włoszczowej, trzecim który złożył podanie o uprawnienia unijne jest właśnie OSM w Ostrowcu Św.

- Złożył Pan wnioski, ale uprawnień do tej pory nie otrzymaliście...
- Oczekujemy na nie od grudnia. Wpisy miały być w czerwcu, ale przesunięto decyzje o miesiąc. Niedługo wszystko powinno się wyjaśnić.

- Co się stanie, jeśli mleczarnia nie otrzyma kat. A, niezbędnej do eksportu produktów na rynki zewnętrzne, a także do sprawnej współpracy z polskimi zakładami?
- O to, trzeba pytać kogo innego. Ja mogę powiedzieć jedynie, że z 10 istniejących mleczarni w województwie świętokrzyskim jesteśmy jedyną, która złożyła pełną dokumentację w końcu ubiegłego roku.

- Więc nie boi się Pan, że za rok mleczarnia może zostać zamknięta?
- Mogę tylko domniemywać, co się wydarzy w Rzeczpospolitej za rok. Ja robię swoje, wiem jakie są wymogi, szukam środków. Do końca będę robić wszystko, by takie decyzje nie zapadały.

- A czy korzystacie lub zamierzacie korzystać z jakiś środków unijnych na modernizację mleczarni?
- Zrobiliśmy już remont zakładu, mającego przecież 50 lat, bez środków unijnych, mamy pełną dokumentację weterynaryjną. Zakład został całkowicie zmieniony wewnątrz, za 100 tys. złotych preferencyjnego, mleczarskiego kredytu. Dopiero uzyskanie uprawnień unijnych, da nam podstawy do ubiegania się o środki stamtąd. Wiem, że wiele ludzi wciąż nie może zrozumieć, jak mogły paść takie firmy jak wszystkie hutnicze spółki, teraz cukrownia dostosowana do wszystkich wymogów i przepisów, natomiast nasz zakład przetrwał. Nikt nie wierzył, że z 3 mln złotych długów, nie mając pieniędzy, można wyjść i działać dalej.

- Pan te długi "odziedziczył" po poprzednim zarządzie?
- Te 3 mln złotych długu nie wzięło się ze złych działań poprzedniego zarządu. To były kredyty zaciągnięte na budowę mleczarni, która miała powstać na 16 ha przy ul. Bałtowskiej. Były już wydane plany, kupione urządzenia, ale coś nie wyszło. A zobowiązania zostały.

- Wracając do przeszłości warto wspomnieć Pańskie plany uruchomienia w OSM w Ostrowcu Św. produkcji biopaliw. Co się stało, że pomysł spalił na panewce. Kto zawinił?
- Plan był kompleksowy, a odpowiedzi dlaczego się nie udało, trzeba szukać w aferze orlenowskiej. Na całym świecie produkuje się biopaliwa, ale nie w Polsce. Plan stworzony przez PSL polegał na tym, że przy stosowaniu domieszek trzeba by było wykazywać każdą ilość paliwa sprowadzanego do Polski. Afera Orlenu pokazuje, że nie rejestrowanie go pozwalało malwersować około 4 mld złotych rocznie. Dlatego zablokowano ustawę, po prostu nie chciano zakręcać sobie tego "kurka". To nie była tylko sprawa paliwa, ale i pociągnięcia trochę gospodarki rolnej. Jako poseł zawsze mówiłem głośno i staraliśmy się udowadniać, że brakuje woli politycznej do pomocy chłopom. Przewidzieliśmy to, ale to gorzka satysfakcja.

- Proszę powiedzieć, skąd pobiera Pan pobory? Z kasy OSM czy kancelarii sejmowej?
- Zarabiam w OSM zgodnie z wolą Rady Nadzorczej, choć proponowałem inne rozwiązanie. Podporządkowałem się decyzji.

- Nie uważa Pan, że bardziej ekonomicznie byłoby pobierać dietę i zostawić te pieniądze w kasie mleczarni? Może przydałyby się właśnie na inwestycje albo dodatkowe miejsca pracy?
- Nie wszystko da się przeliczyć ekonomicznie. Chciałem tak zrobić, ale rolnicy się nie zgodzili. Moje pobory wynoszą netto około 8 tysięcy złotych, więc mniej więcej tyle samo co dieta poselska. Ale są jeszcze inne zależności. Rada Nadzorcza stwierdziła, "nasz poseł i prezes musi chodzić po ziemi i być z nami".

- I faktycznie chodzi Pan twardo po ziemi? Gdzie spędza Pan więcej czasu? Jako prezes w firmie czy poseł w Sejmie i na spotkaniach?
- Nie da się tego rozdzielić, bo będąc posłem, jestem też spółdzielcą. W Sejmie jest nas ośmiu prezesów spółdzielni. Kiedyś byłem ewenementem, bo byłem jedyny, teraz już nie. W I i II kadencji pracowałem w komisjach nadzwyczajnych ds. prawa spółdzielczego, zawsze myślę jak spółdzielca.

- Czy w czasie Pana prezesury zaszły zmiany w strukturze zatrudnienia w mleczarni?
- Zaszły zmiany. Pracuje u nas obecnie około 100 osób, odeszło około 40. Wszyscy odeszli bez żadnych problemów, wykorzystując możliwości, jakie dało objęcie tego terenu strefą strukturalnego bezrobocia. Otrzymali zasiłki przedemerytalne. Kosztowało to spółdzielnię spore pieniądze, bo odchodzili z powodów ekonomicznych, mieliśmy wtedy duże długi, więc nie było to trudne. Załoga liczy obecnie ponad 70 osób, około 20 młodych ludzi jest na stażu. Cieszę się, że pracują w zawodach, które zdobyli w szkołach i czegoś się uczą, zdobywają doświadczenie. Czworo stażystów zostało. Jeden z nich został bardzo dobrym twarożkarzem, mimo że w dotychczasowej historii zakładu robiły to kobiety. Zdobył wszystkie uprawnienia. Udowodniliśmy, że młodzi ludzie potrafią coś robić, nie są nastawieniu tylko roszczeniowo, jak się powszechnie sądzi.

- Za koalicji SLD - PSL głośno zrobiło się o Pana kandydaturze na ministra obrony narodowej. Proszę powiedzieć, czy czuje się Pan przygotowany do takiej roli? Co się stało, że w końcu ministrem Pan nie został?
- Jestem oficerem rezerwy, po studium, obozach wojskowych i kursie na Akademii Obrony Narodowej już w Sejmie. Przez cztery lata byłem wiceprzewodniczącym Komisji Obrony Narodowej. Nie wiem skąd się wzięło zaufanie, ale jako jedyny byłem wytypowany do nadzorowania przetargów wojskowych. Wtedy nie było afer i pyskówek. Potem przyszła propozycja objęcia teki ministra. Moja odpowiedź była prosta. Nigdy nie miałem zaszczepionego gruczołu władzy, tą decyzję poparła także rodzina. Jest wielka różnica miedzy zwykłym posłem a ministrem. Ten pierwszy może wejść na mównicę sejmową i zrobić niemal wszystko. Ministrowie i wiceministrowie, mają święty obowiązek odpowiedzieć grzecznie i spokojnie. Każde inne zachowanie jest traktowane jako arogancja władzy. Doszedłem do wniosku, że po pierwsze szkoda moich nerwów, a poza tym funkcja wiceprzewodniczącego komisji mi w zupełności wystarczyła. Mimo że nie zostałem ministrem, to i tak uczestniczyłem w wielu wyjazdach przygotowujących Polskę do wstąpienia do NATO. Wiele się wtedy nauczyłem i myślę, że mam w tym jakiś swój wkład. Jako oficer najbardziej cieszę się, że ktoś mnie docenił i wyróżnił złotym medalem "Za zasługi dla obronności kraju". Z dumą go noszę.

- Zbliża się do końca ta niepełna dla Pana kadencja Sejmu. Zasiada w nim Pan już, z przerwami, około 10 lat. Co uznałby Pan za swój największy parlamentarny sukces?
- Moim sukcesem parlamentarnym i życiowym jest chyba to, że dotrzymuję słowa ślubowaniu na wierność RP i jej obywatelom, że są i będą dla mnie największym dobrem. Jak się golę i patrzę w lusterko, to potrafię się do tego faceta w lustrze uśmiechnąć. Mam czyste sumienie. Spośród ludzi, których spotykam i pomagam wiele jest takich, którzy dzwonią z podziękowaniami. Przecież przez cały czas, zgodnie z poprzednią ordynacją, byłem jednocześnie posłem, radnym mojej gminy i Sejmiku Wojewódzkiego. Największą satysfakcją są drogi, szkoły, infrastruktura, którą udało się zrobić, dzięki pracy z ludźmi.

- Jednak od kilku lat Polskie Stronnictwo Ludowe traci poparcie społeczeństwa. Czy jako poseł, niejako lider ugrupowania, nie czuje się Pan współwinny temu?
- Nie powiedziałby tak. Zadaję sobie tylko pytanie, dlaczego RP jest takim dziwnym krajem, że wynik PSL pogorszył się właśnie w 1997 roku, kiedy premierem był Waldemar Pawlak. Kiedy Polska miała najmniejszy dług zagraniczny, robiła powolną, ale skuteczną prywatyzację, a dla chłopów były najlepsze reakcje miedzy cenami skupu płodów, a zakupu środków produkcji. Co się stało w Rzeczpospolitej?

- Może raczej coś się stało w Polskim Stronnictwie Ludowym?
- Nie. PSL ma 60 lat, ruch ludowy 110. Już Witos ubolewał nad tym, że słabością chłopów jest to, że rzadko chodzą na wybory, a jak już pójdą, głosują na partie, które działają przeciwko nim. Ja bym się zastanawiał, co się dzieje z Polską?

- Polska może dać sobie radę i może iść dalej, ale bez PSL w parlamencie. Macie przecież silną konkurencję odwołującą się do elektoratu wiejskiego.
- My chcemy pewne rzeczy ludziom wytłumaczyć. Zrobiło się ostatnio dużo partii sezonowych. Takich, co chrzczą się na każdy sezon pod inną nazwą, a jak już zepsują wszystko co się da, to nazwę zmieniają. To są krzykacze i pieniacze, ludzie zmieniający partie po kilka razy w życiu. Mamy nadzieję, że społeczeństwo to zrozumie.

- PSL rządzi w gminach, powiatach i województwach. W tym jesteście dobrzy. Nie ma Pan wrażenia, że ludzie chcą byście sprawowali władzę na dole, ale wyżej już dla was miejsca nie ma?
- Tym różnimy się od innych, że w 110- letniej tradycji sami sobie nie zmienialiśmy nazwy. Tacy jesteśmy, ja jestem w partii od 23 lat. Pytanie, dlaczego głosuje się na partie, które szkodzą interesom wsi, dedukuję chłopom i polskiej wsi. O tym będziemy chcieli mówić podczas naszej kampanii, o tym dlaczego nie głosuje się na ludzi, którzy zrobili te drogi i szkoły. O tym jak będzie wyglądała polska wieś bez PSL w parlamencie, kto będzie o to środowisko dbał? O tych ludzi, którzy żyją często w naprawdę ciężkich warunkach.

- Liczy Pan na głosy tych ludzi?
- Ja liczę na to, że te środowiska zastanowią się, co jest dla nich lepsze. Warto sobie przypomnieć, jak było na wsi za Kalinowskiego, Pawlaka. Jestem optymistą i wierzę, że PSL będzie w parlamencie. Może macie rację, że za mało to ludziom uświadamiamy, niektórym politykom PSL wydaje się to zbyt oczywiste. A to nie jest oczywiste, jest mnóstwo demagogów, polityków jednosezonowych, robiących ludziom wodę z mózgu. Będziemy się przyglądać wszystkim kandydatom, chcielibyśmy, żeby kandydaci wszystkich partii przedstawiali się, gdzie mieszkają, skąd są i co zrobili dla ludzi. Będę to robił podczas swojej kampanii i podczas kampanii prezydenckiej. Bo prezydentem RP powinien być Polak z dziada pradziada, osoba związana z tym krajem bardzo mocno emocjonalnie. Bo niestety, naszym elitom politycznym często łatwiej jest dogadać się z zagranicznymi sąsiadami w obcym języku, niż z własnym narodem po polsku.

- Dziękujemy za rozmowę.
/A. Śledzińska, W. Frańczak/

Podziel się ze znajomymi:
Czytany: 18657 razy,
ostatnio: 2019-12-14 05:39:30
Skomentuj artykuł:
Powrót