Wiadomości z Ostrowca Świętokrzyskiego

Powrót2005-08-16

Zbigniew Pacelt: Pomógłby każdemu

Rozmowy niekontrolowane

Urodził się w Ostrowcu Św. i tu rozpoczynał karierę. Wywalczył ponad 40 tytułów mistrza Polski w pływaniu. Był dwukrotnie drużynowym mistrzem świata w pięcioboju nowoczesnym, czterokrotnie startował w igrzyskach olimpijskich. W pięcioboju nowoczesnym odniósł bezprecedensowy sukces trenerski. Po pięciu medalach MŚ wywalczonych przez jego podopiecznych, polscy pięcioboiści zdobyli na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie dwa złote medale. Zbigniew Pacelt opowiada "Wiadomościom" o swoich związkach z rodzinnym miastem.

Kliknij na ikonę aby powiększyć załącznik
- Mówi się o Panu "człowiek z Ostrowca", jednak prawda jest taka, że wyjechał Pan stąd ponad 35 lat temu. Dlaczego zdecydował się Pan kandydować do Sejmu właśnie z regionu świętokrzyskiego?

- Nie jest to do końca tak. Na Igrzyskach Olimpijskich w Meksyku w 1968 roku reprezentowałem przecież właśnie KSZO Ostrowiec, a to miasto nie miało zbyt wielu olimpijczyków. Po drugie, moi rodzice i brat ciągle tu mieszkali. W czasach gdy byłem uczniem i studentem to Ostrowiec, a nie internat czy hotel był dla mnie domem. Mama do dzisiaj mieszka w Ostrowcu Św., wszystkie święta spędzamy tu, z rodziną. Moja żona pochodzi z Kielc, tak więc oboje jesteśmy bardzo silnie związani z regionem świętokrzyskim. Jeżeli odwiedzamy rodzinę, to i w Ostrowcu i w Kielcach. Poza tym, jestem trochę sentymentalny. Wcześniej, nie mając jeszcze w planach kandydowania, czyniłem dla tego regionu dużo, uważam, że jest to teren sportowo zaniedbany. Dlaczego kandyduję z tego terenu? Bo zwrócili się do mnie koledzy z dwóch ugrupowań, czy nie zechciałbym kandydować na posła właśnie z regionu świętokrzyskiego.


- Jednym z tych ugrupowań była partia lewicowa?

- Powiedzmy, że Platforma Obywatelska była mi najbliższa. Jeszcze gdy nie było tej partii, moje działania były zbieżne w punktach programu dziś przez nią realizowanego, przede wszystkim w zakresie inwestycji w młodego człowieka. Do partii nigdy nie należałem, ale jest pewien obszar w sporcie, w którym można zdziałać jeszcze więcej, organizować imprezy, pomóc dzieciom wyjechać na wakacje. Rola posła i możliwości dotarcia do różnych dziedzin życia są większe, a ja chcę pomagać temu regionowi.


- Czy prawdą są informacje o likwidacji Polskiej Konfederacji Sportu, w której jest Pan wiceprezesem? Jeśli tak, to jaki miało to wpływ na Pańską decyzję o kandydowaniu do Sejmu?

- Likwidacja będzie, jeżeli do 17 sierpnia prezydent podpisze ustawę o sporcie kwalifikowanym. Zadania Polskiej Konfederacji Sportu przejmie minister, powstanie ministerstwo sportu. W ustawie jest jednak napisane, że wszyscy pracownicy przejdą do pracy w ministerstwie. To zbieg okoliczności, nie szukam sobie odskoczni, bo mam jeszcze co robić w Polskim Komitecie Olimpijskim. Ostatnio zorganizowałem Mistrzostwa Świata w Pięcioboju Nowoczesnym. To nie jest chwytanie się brzytwy przez tonącego. Poza tym ja nie chcę wyrwać się z Ostrowca do Warszawy. Ja w Warszawie jestem i chcę pomóc temu regionowi.


- Z tego co Pan powiedział wynika, że przez wiele lat Pańskie kontakty z Ostrowcem Św. były raczej na gruncie rodzinnym. Kiedy odnosił Pan sukcesy jako zawodnik i trener, nie było Pana widać w mieście, nie spotykał się Pan z mieszkańcami.

- Wykonuję swoją pracę, nie lubię wokół siebie szumu. Wystarczy spytać, ile razy pomogłem w organizacji turnieju piłki nożnej "Ogrody", organizowałem zgrupowania kolarzy, załatwiałem sprzęt. Nie potrzebuję błysku fleszów i popularności, po prostu realizuję założone cele. Nawet ostatnio będąc przewodniczącym komitetu mistrzostw świata, stałem sobie z boku i obserwowałem, czy wszystko jest w porządku. Wiele razy angażowałem się w pracę dla tego terenu, nie tylko w Ostrowcu Św., ale np. w Kielcach. Ostatnio pomogłem w pozyskaniu środków unijnych na naukę pływania dla dzieci.


- Nadszedł jednak taki moment, że stanął Pan w świetle kamer i w Ostrowcu Św. coraz głośniej zrobiło się o Zbigniewie Pacelcie.

- Myślę, że to za sprawą budowy stadionu i pływalni. Wspierałem te dwie inwestycje.


- Na czym polegał Pana wpływ na budowę tych obiektów?

- Na przekonywaniu, załatwianiu i pilnowaniu by wystąpienia władz miejskich i klubowych były realizowane. Przekonałem Polski Związek Pływacki do Ostrowca Św., skoordynowałem działania, dogadałem się z władzami miasta, że potrzeba będzie pokryć 50 procent kosztów. Na tym polegała moja rola. Przecież wiadomo, że nie wyjąłem 15 milionów złotych z własnej kieszeni, tylko skorzystałem z możliwości inwestycji strategicznej z dopłat do gier liczbowych.


- Bardzo często można było spotkać Pana w towarzystwie prezydenta Jana Szostaka. Teraz też, choć nieoficjalnie, popiera on Pańską kandydaturę, mimo że startuje Pan z listy PO, a sam ma poglądy lewicowe. Czy ta znajomość z bądź co bądź osobą postrzeganą w mieście różnie, pomaga Panu, czy przeszkadza?

- Pracowałem z prezydentem Ostrowca Św., a przecież nie ja go wybierałem, tylko mieszkańcy. Wszystko mi jedno, z jakiej opcji był prezydent, który zdecydował się na przeprowadzenie inwestycji i Rada Miasta, która to zatwierdziła. Gdyby była to inna partia, nie zrobiłbym nawet pół kroku do tyłu. Jeszcze raz powtórzę, że współpracowałem z prezydentem miasta wybranym przez ostrowczan i współpracowałbym z każdym innym pełniącym tę funkcję.


- Nie ma Pan wrażenia, że po wystawieniu do wyborów kandydatury wiceprezydent miasta, znalazł się Pan troszkę z boku? Wciąż popierany i zapraszany na uroczystości, ale już nie tak bardzo lansowany jak kilka miesięcy temu?

- Nie bardzo. Byłem przecież

w komitecie organizacyjnym mistrzostw świata w płetwonurkowaniu, uczestniczyłem w ich otwarciu i zamknięciu. Jestem zapraszany na mecze piłkarskie, na które i tak przyjeżdżam, gdy mam czas. Nie widzę, żeby prezydent się ode mnie odwrócił. Mam natomiast swój program kampanii wyborczej, swoje założenia i będę je realizować z osobami, które mi pomagają w komitecie wyborczym, do tego pomoc prezydent nie jest mi potrzebna.


- Wracając do budowy ostrowieckiego stadionu i basenu. Kto był inicjatorem tych inwestycji? Pan czy władze miasta?

- Trudno jednoznacznie powiedzieć. Temat pojawiał się za każdym razem, gdy byłem w mieście na różnych imprezach. Pomagałem przecież organizować mistrzostwa Polski w boksie, będąc dyrektorem departamentu sportu w Urzędzie Kultury Fizycznej i Turystyki. Tych imprez było o wiele więcej, np. Ogólnopolska Olimpiada Dzieci i Młodzieży. Sugerowałem władzom sportowym, że to jest dobre miejsce na inwestycje w sport.


- Czyli gdyby nie Pacelt, to tych imprez w Ostrowcu by nie było?

- Tak też nie można powiedzieć. Każdą imprezę można zrobić, jeśli włoży się w to odpowiednio dużo pracy. Ja po prostu wskazywałem to miejsce, jako to, w którym są dobrzy organizatorzy i odpowiednie obiekty. Przy okazji była też oczywiście pomoc finansowa.


- Miasto ma chwalony przez wszystkich basen olimpijski. Pan takiej możliwości nie miał i dlatego wyjechał z Ostrowca Św. Mimo doskonałych warunków do trenowania, dobrzy młodzi pływacy wyjeżdżają. Jak Pan myśli, dlaczego?

- Niezależnie od tego że mamy basen, cały czas inspiruję władze miasta i MOSiRu, że trzeba tu sprowadzić dobrego trenera, który zajmie się organizacją. Sam basen nie wypromuje zawodnika. Według mnie trochę to opornie idzie, powinno być załatwione już pół roku temu, ale to władze muszą podjąć decyzję.


- Chodzi Panu o trenera z zewnątrz?

- Myślę, że tak. To musi być człowiek, który ma odpowiednie doświadczenie. Przez wiele lata stawiano tu raczej na naukę pływania, i dopiero kiedy trafił się jakiś rodzynek, pracowano z nim. Sprowadzenie dobrego organizatora, fachowca, dałoby szansę stworzenia dobrej sekcji pływackiej.


- Znalazł się Pan dopiero na 24 miejscu listy wyborczej. Nie czuje się Pan rozczarowany tak odległą pozycją?

- Dzisiaj ordynacja jest tak dobra dla mocnych kandydatów, że nie przywiązuję do tego wagi. Nie mogę być pierwszy, bo nie należę do Platformy. Jest przewodniczący, zastępcy, ludzie którzy partię budowali i rozwijają. Miejsce nie ma dla mnie znaczenia. Im więcej głosów zdobędę, tym większe prawdopodobieństwo, że uda mi się wejść do Sejmu. Poza tym, z dalszej pozycji dobrze się atakuje.


- Pańska kandydatura nie została dobrze przyjęta przez część członków ostrowieckiej Platformy...

- Myślę, że w tutejszej PO był kryzys i rozłam po znanych wszystkim aferach. Nie było człowieka, który przekonałby członków do mojej osoby, stąd chyba nieporozumienia. Może było też trochę obawy, bo w końcu przyszedłem do partii z zewnątrz. W momencie gdy wybrano nowego przewodniczącego, dużą przewagą głosów i on mnie poparł wiedziałem, że daje mi to szansę. Proszę zauważyć, że po oficjalnym wystawieniu mojej kandydatury, według raportu jednej z gazet poparcie dla PO w powiecie ostrowieckim zdecydowanie wzrosło.


- Jak teraz wyglądają Pana relacje z członkami tej partii?

- Jedna z kandydatek współpracuje ze mną, z drugim spotykamy się na imprezach, więc nie widzę rozbieżności. Każdy z nas robi swoje, ale nie unikamy się, ani nie zwalczamy. Powiedziałem, że chcę by nie była to kampania negatywna. Jeżeli już, to tylko promocja mojej osoby i dokonań.


- Ma Pan nad konkurentami tę przewagę, że może stanąć obok Otylii Jędrzejczak, Arkadiusza Skrzypaszka czy Doroty Idzi, i powiedzieć "to moi koledzy"...

- Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało jak przechwałka, ale Otylia też chętnie koło mnie stanie. Na jeden telefon zgodziła się dać autografy na wykonane w Ćmielowie figurki, które rozdaliśmy podczas mistrzostw świata. Skrzypaszek chętnie do mnie przyjedzie, jeśli o to poproszę. Nie jest więc tak, że ja się pod kogoś wpisuję. A że jest to przewaga? Niewątpliwie tak, ale zapracowałem na nią. Przewagę mają przecież też ci, którzy tu mieszkają.


- Pańska kariera układa się tak, jak powinna. Był Pan sportowcem, potem utytułowanym trenerem, a w końcu dobrym organizatorem i działaczem. Nie każdemu się to udaje, wielu sportowców po zakończeniu kariery nie umie sobie znaleźć miejsca.

- Jestem ambitnym człowiekiem i jak sobie założę cel, staram się do niego dążyć wszelkimi siłami, czy chodzi o przepłynięcie basenu, czy

o przygotowanie zawodników do olimpiady, tak by zdobyli medal. Niewielu jest w Polsce trenerów, którzy wychowują mistrzów olimpijskich będąc samemu mistrzami świata. Wielu mistrzom świata, nie udało się przełożyć swojego doświadczenia na wychowanków. Mnie udało się. Poza tym lubię zmiany. Najpierw pływałem stylem zmiennym, potem zmieniłem dyscyplinę na pięciobój, zostałem trenerem. Mając tytuł Trenera Roku w 1992 roku zostałem dyrektorem w UKFiT. Nie boję się wyzwań, kandydowanie na posła właśnie nim jest.


- Został pan także doceniony przez naszych Czytelników

i w Plebiscycie "Wiadomości" na Sportowca XX Wieku zwyciężył "w cuglach"...

- Myślę, że to właśnie odpowiedź na pierwsze stwierdzenie, że wyjechałem i już mnie tu nie ma. Ziemia Świętokrzyska miała jednego dwukrotnego mistrza świata, człowieka który się tu urodził. Gdzieś w świadomości ludzi mogło zostać to, że byłem trenerem mistrzów olimpijskich. Mam wiele uznania dla tych, którzy na mnie głosowali, że pamiętali o chłopaku z Ostrowca, który został mistrzem świata.


- Dziękujemy za rozmowę.
/A. Śledzińska, W. Frańczak/

Podziel się ze znajomymi:
Czytany: 12310 razy,
ostatnio: 2019-12-12 09:16:47
Skomentuj artykuł:
Powrót