Wiadomości z Ostrowca Świętokrzyskiego

Powrót2008-03-03

Zwiodły go nazwa i Gosiewski

- Działanie PiS to "moralność pani Dulskiej"- mówi Jan Stachowicz

Jan Stachowicz przez wiele lat był postrzegany jako jeden z czołowych działaczy "Prawa i Sprawiedliwości" Zakładał tę partię w gminie Ćmielów, bardzo aktywnie działał na rzecz jej rozwoju. Był powołany na kierownika biura powiatowego Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w Ostrowcu Św., w końcu dzięki startowi z listy "PiS" otrzymał mandat radnego powiatowego. W grudniu ubiegłego roku niespodziewanie odszedł z partii i po kilku tygodniach wstąpił do Platformy Obywatelskiej.

Kliknij na ikonę aby powiększyć załącznik
- Pana decyzja była dla wszystkich bardzo zaskakująca. Wśród powodów wymieniany jest m.in. konflikt z byłą dyrektor świętokrzyskiego oddziału ARiMR Iwoną Jakubowską. Nie jest tajemnicą, że jest ona bliską koleżanką żony byłego wicepremiera Przemysława Gosiewskiego. Czy o Pana odejściu z PiS zadecydowały właśnie względy polityczne?

- Zaczęło się dwa lata temu od tragicznego zdarzenia, do którego doszło w biurze Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, czyli samobójstwa jednego z pracowników. Byłem wtedy kierownikiem biura, ale przebywałem na długoterminowym zwolnieniu lekarskim. Najłatwiej było powiedzieć, że nie było mnie wtedy i nie wiem, co się wydarzyło, ale to byłaby nieprawda. Podczas zwolnienia na moje miejsce ówczesna dyrektor oddziału wojewódzkiego przysłała zastępstwo. Jak się potem okazało, bezprawnie, a prokuratura postawiła tej pani zarzuty kierowania biurem bez uprawnień. Gdy dowiedziałem się, co się stało, powiedziałem prawdę. Media pisały o tym, że samobójstwo było wynikiem problemów w pracy i złego zarządzania. Artura bardzo lubiłem, był przyjemnym i kontaktowym człowiekiem. Mówiłem więc otwarcie o problemach, jakie pojawiły się podczas mojej nieobecności. Już wtedy miałem kilka telefonów od osób znaczących w Prawie i Sprawiedliwości. To była typowa "moralność pani Dulskiej", bo chodziło tylko o zachowanie twarzy partii. Mówili, żebym nie wypowiadał się na ten temat. Po którymś telefonie zapytałem, czy ktoś zastanowił się nad moją sytuacją? Dlaczego miałem brać odpowiedzialność za to, co się stało?

- Miał Pan sygnały od swoich pracowników, że sytuacja w biurze jest zła?

- Owszem, dzwonili do mnie. Pani która mnie zastąpiła początkowo była koleżanką Artura. Znali się, bo ona również pracowała w biurze zajmującym się systemem identyfikacji i rejestracji zwierząt. Niestety, niektórym osobom władza uderza do głowy i gdy ją poczuła zaczęła się zachowywać nie tak, jak powinna. Pracownicy mówili, że po godzinach pracy robi zdjęcia biurek, otwiera szafy, zabiera ze sobą dokumenty. Jakby była przysłana na przeszpiegi. Dodatkowo przeniosła Artura z pokoju na dole na samą górę, do ciasnego pomieszczenia, w którym według norm nie powinna pracować więcej niż jedna osoba. To sprawiło, że był niezadowolony. Była dyrektor została oczyszczona z zarzutu, że przyczyniła się do jego samobójczej śmierci. Jestem jednak przekonany, że Artur będąc w Kielcach odbył z nią rozmowę. Nie mam jednak na to dowodów.

- Jak wyglądały Pana relacje z dyrektor Jakubowską?

- Muszę przyznać, że były złe. Potrafię rozpoznać charakter człowieka, a ona od początku nie przystawała do moich norm. Od początku też wyrażałem się o niej krytycznie. Wydałem jej negatywną opinię i wiem, że nie tylko ja miałem takie odczucia. Ale w dzisiejszych czasach ludzie są niewolnikami pracy, inni kierownicy byli młodsi, może bardziej uzależnieni. Wyraziłem się głośno, że dla mnie draństwo jest draństwem. Do działaczy z Warszawy powiedziałem, że nie życzyłbym nikomu takiego przełożonego. Potem okazało się, że od zbieranych opinii zależał jej awans. Gdybym to wiedział, ozłociłbym ją, byleby poszła stąd jak najdalej.

- Mimo tych nieporozumień chyba nie myślał Pan wtedy o opuszczeniu partii? Wciąż działał Pan bardzo aktywnie na jej rzecz.

- To był czas przedwyborczy, a poza tym nie było jeszcze żadnych ukierunkowanych podejrzeń. Znalazłem się na liście wyborczej do Sejmiku Wojewódzkiego. Niedługo potem dostałem kolejny telefon, tym razem od posła, który mnie poinformował, że przewodniczący świętokrzyskiego PiS postanowił mnie ukarać i skreślił z listy kandydatów do sejmiku, właśnie za wypowiedzi na temat pani Jakubowskiej. Dzwoniono też do mnie, żebym więcej się na ten temat nie wypowiadał. Przyznałem, że wypowiedziałem się dla "Ekspresu Reporterów", ale powiedziałem, że więcej już nie będę. Mieli pretensje nawet za to, co powiedziałem nad grobem Artura. To było nieuczciwe i nie przystawało do ludzi mających za sobą hasło Prawo i Sprawiedliwość. Przyznam, że mnie ujęła właśnie nazwa, bo zawsze się tym kierowałem. To był prawdziwy początek problemów. Zaczęły się telefony, żebym zrezygnował z funkcji kierownika biura powiatowego. Trwało to około dwóch miesięcy.

- Wystartował Pan jednak w wyborach, tyle że do Rady Powiatu Ostrowieckiego.

- Kiedy zostałem wyrzucony z listy do Sejmiku zostały mi dwa dni, żeby zebrać podpisy i wystartować do Rady Powiatu. Przy pomocy kolegów z "Solidarności" i rodziny udało się. Zostałem zarejestrowany ostatniego dnia. Mimo to, że zostałem radnym i mandat powinien mnie w jakiś sposób chronić, nie odpuszczono mi. Mimo że byłem w klubie PiS, kara mnie nie ominęła. To była zwykła mściwość. Tę mściwość PiS widać od góry do dołu, od centrali aż po samorządy.

- Styl działania członków PiS zmienił się od czasu, gdy zakładał Pan tę partię w gminie Ćmielów? Wiele osób pamięta Pana jako bardzo zaangażowanego działacza prawicy.

- Jak już powiedziałem, wtedy ujęła mnie nazwa. Przed założeniem partii kilka razy rozmawiałem z Przemysławem Gosiewskim. Wydawało mi się, że program PiS, mówiący o naprawie państwa, ściganiu ludzi nieuczciwych, daje szansę, że ktoś to w końcu zrobi. Tak się tylko wydawało, żaden z rządów nie zrobił tego do tej pory. Sytuacja w PiS potwierdza, że wszystko jest ładne i przejrzyste, dopóki się nie dojdzie do władzy, ale jak już się ją zdobędzie, mało kto potrafi ją wykorzystać we właściwy sposób. Kiedy PiS był w opozycji Przemysław Gosiewski, oczywiście w błyskach fleszy, przekazał Leszkowi Millerowi teczkę zawierającą sto spraw do wyjaśnienia w województwie świętokrzyskim. Potem sam siedział w kancelarii premiera. Jestem ciekaw czy znalazł tę teczkę i zajrzał do niej? I co udało mu się rozwiązać?

- Jak doszło do Pana ostatecznego odejścia z Prawa i Sprawiedliwości?

- To się gromadziło przez wiele miesięcy. Wydawało mi się jeszcze, że skoro jestem członkiem zarządu powiatowego i tworzyłem partię w gminie Ćmielów, to lokalne struktury będą mnie bronić. Po jakimś czasie, gdy nowy dyrektor oddziału ARiMR w Kielcach przysłał do przewodniczącego Rady Powiatu pismo o wyrażenie zgody na odwołanie mnie doszedłem do wniosku, że nie będzie miał mnie kto bronić. Nowy dyrektor to człowiek zupełnie inny, normalny i uczciwie postawił sprawę. Nie mam do niego pretensji, wiem że to nie była jego decyzja. Po rozmowie z nim sam napisałem rezygnację i poprosiłem o zatrudnienie na innym stanowisku w innym biurze. Niesmak jednak pozostał, bo była dyrektor dostała pracę w kancelarii premiera, pozostała przewodniczącą Rady Nadzorczej Radia Kielce. Dopiero kiedy prokuratura postawiła jej zarzuty, została zwieszona i poszła na zwolnienie. Byłem tej partii oddany, startowałem "na zająca" do Sejmu z 20 pozycji po to, żeby pozyskać dla niej chociaż trochę głosów. A potem potraktowano mnie w taki sposób, a co gorsza, nawet lokalne władze nie zdobyły się na choć trochę odwagi, by ze mną porozmawiać. To jest przykre. Nikt mi nie przyznał racji nawet po tym, jak postawiono jej jedenaście zarzutów i sama złożyła wniosek o samowolne poddanie karze. Jest prawnikiem, więc wie co robi. Człowiek niewinny nie poddaje się sam na karę więzienia w zawieszeniu. Pomyślałem, że nie mam tam już czego szukać. W grudniu złożyłem rezygnację z członkostwa. Napisałem do zarządu wojewódzkiego może trochę niegrzeczne podanie, ale chciałem żeby wiedzieli, o co mi chodzi. Wtedy też nikt w powiecie ze mną nie rozmawiał. Namawiali tylko jednego z członków, by został pełnomocnikiem w gminie Ćmielów na moje miejsce. Ten człowiek po bardzo krótkim czasie sam z tego zrezygnował.

- Dziwią Pana komentarze posła Jarosława Rusieckiego, który zażądał, by w związku z odejściem z partii zrezygnował Pan z mandatu radnego?

- Dziwię się, bo nie miał odwagi, żeby porozmawiać o tym ze mną. Poza tym, jeżeli ja mam złożyć mandat, niech on zrobi to również. Został posłem także dlatego, że ja zabiegałem o głosy w gminie Ćmielów. Moi wyborcy głosowali na niego i dali mu ten mandat. Wiem, że działacze PiS chcą teraz usunąć mnie z funkcji członka Zarządu Powiatu Ostrowieckiego. To właśnie ta mściwość i zawiść, o której mówiłem. Mam tylko nadzieję, że znajdę poparcie u radnych, bo to oni będą podejmować decyzję, jeśli dojdzie do głosowania.

- No właśnie, został Pan członkiem Platformy Obywatelskiej. Dlaczego właśnie ta partia? Nie ma w tym przekory?

- Być może trochę. Przekora tkwi w każdym człowieku. Ale mówiąc poważnie-propozycję wstąpienia do PO dostałem już po odejściu z PiS. Dowiedziałem się, że dzięki temu będzie możliwe utworzenie klubu radnych i pomyślałem, że mogę się na coś przydać. Dyskutujemy na temat możliwości rozszerzenia koalicji w powiecie o Platformę Obywatelską, a moim zdaniem dałoby to korzyści. W końcu jest to partia rządząca. Nie chcę jednak, żeby ktoś pomyślał, że celowo przeniosłem się do obozu, który rządzi w państwie. Kiedy odchodziłem z PiS nie wiedziałem, że otrzymam taką propozycję. Ale przecież PO to również partia o korzeniach prawicowych.

- Dziękuję za rozmowę.
/A. Śledzińska/

Podziel się ze znajomymi:
Czytany: 18356 razy,
ostatnio: 2019-12-06 22:07:02
Skomentuj artykuł:
Powrót