Wiadomości z Ostrowca Świętokrzyskiego

Powrót2007-03-26

Wygrała koncepcja czy więzy krwi?

Piotr Mrugała- Tata mi nie pomagał

Wiadomość o wybraniu na dyrektora Muzeum Historyczno- Archeologicznego w Ostrowcu Św. Piotra Mrugały, wywołała chyba uzasadnione obawy, u niektórych nawet oburzenie. Jest członkiem Prawa i Sprawiedliwości, synem przewodniczącego Rady Powiatu, która będzie nadzorować jego pracę. On sam twierdzi, że takimi uwagami się nie przejmuje, stanowisko zdobył sam i niedługo pokaże, że nie tylko nadaje się na dyrektora, ale wprowadzi jednostkę w XXI wiek, czego mieszkańcy domagają się od wielu lat.

Kliknij na ikonę aby powiększyć załącznik
- Tata pomógł panu w uzyskaniu przychylności komisji konkursowej?

- Słyszałem takie głosy, jedynie w programie lokalnej telewizji. Są to insynuacje, mające na celu wywołaniu sensacji medialnej. Wpływ mojego ojca nie miał najmniejszego znaczenia, zostałem wybrany przez komisję, w której zasiadały też osoby spoza powiatu ostrowieckiego. Żaden z członków komisji i kandydatów nie wniósł uwag ani zastrzeżeń. Ojciec został wybrany w demokratycznych wyborach, ja natomiast w konkursie, do którego przygotowywałem się od wielu miesięcy. Myślę, że komisję przekonała moja koncepcja i wizja rozwoju muzeum.


- Należało się spodziewać takiej reakcji mediów i społeczeństwa.

- Wiedziałem, że takie głosy na pewno się pojawią, ale to nie mógł być powód, przez który nie wystartowałbym w konkursie. Zaprzeczyłbym wtedy sam sobie, przecież skończyłem studia archeologiczne, a także podyplomowe zarządzanie marketingiem. Wciąż chcę się w tym kierunku kształcić, chociaż zdaję sobie sprawę, że jako dyrektor, przynajmniej w pierwszej fazie, nie będę miał czasu na własną pracę naukową, muszę się bowiem skoncentrować na rozwoju muzeum. Oczekiwania społeczne są bardzo duże, szczególnie w stosunku do Krzemionek.


- Jest pan nie tylko synem przewodniczącego Rady Powiatu, ale i członkiem Prawa i Sprawiedliwości, więc społeczeństwo będzie wyjątkowo uważnie patrzeć panu na ręce i oceniać działania. Poza tym dochodzi jeszcze grupa osób, dla których najlepszym dyrektorem Muzeum Historyczno-Archeologicznego jest jego założyciel Wojciech Kotasiak. To podwójne obciążenie.

- Nie postrzegam tego, jako obciążenie. Każdy ma prawo do swojej oceny. Dziwi mnie natomiast selektywne podejście przez media do przynależności politycznej u osób powoływanych na stanowiska kierownicze. Niedawno dyrektorem BWA została osoba będąca członkiem TOS i nikt na to nie zwrócił najmniejszej uwagi. Natomiast kwestia tych "koneksji partyjno-rodzinnych" może jedynie pomóc w normalizacji stosunków pomiędzy powiatem i muzeum. Ze swojej strony muszę po prostu pokazać, że się sprawdziłem, co zapewne potrwa kilka lat. Nie wątpię, że będą mi rzucane kłody pod nogi, ale to może mnie jedynie mobilizować do pracy. Po kilku latach będzie można wydać rzeczywistą ocenę moich działań. Pan Kotasiak miał swoją wizję funkcjonowania muzeum, ja mam swoją. Jeśli chodzi o sprawy rodzinne i polityczne, traktuję to w tym momencie jako kwestię czysto medialną i nie przywiązuję do niej wagi. Są to elementy demokracji, które nie mogą być jednak czynnikiem, który będzie mnie dyskryminować. Musimy pamiętać, że w każdym kraju, gdzie jednostki kultury są finansowane ze środków państwowych, naciski polityczne są i będą, bo każda grupa dysponująca pieniędzmi chce mieć wpływ na to, jak będą one wydawane. Ja nie dopuszczę, by decydenci polityczni mieli wpływać na działalność merytoryczną i funkcjonowanie muzeum. Jeżeli oczekuje się od dyrektora rozwoju placówki, to musi on mieć całkowitą autonomię.


- Nie da się ukryć, że nowego dyrektora MHA czeka nie lada wyzwanie. Wszyscy oczekują szybkiego rozwoju placówki. Nie ustają też spekulacje na temat rozdziału muzeum w Częstocicach i rezerwatu "Krzemionki". Jest pan zwolennikiem takiej opcji?

- Cały czas podkreślam, że pomimo ogromnych oczekiwań związanych z Krzemionkami nie można zapominać o Częstocicach. Obecnie nie widzę możliwości i celowości takiego podziału. Po pierwsze Krzemionki nie dysponują żadnymi pomieszczeniami, nawet biurowymi, a nie mogą funkcjonować jako oddzielna jednostka bez zaplecza. Muzeum w Częstocicach i Krzemionki mają ponad dwudziestoosobową kadrę, którą można i trzeba wykorzystywać do wspólnej promocji i wspierania się. Zanim podejmę jakieś decyzję, muszę się zorientować się, kto jakim potencjałem dysponuje. Koncepcja, którą przedstawiłem komisji dotyczyła jednej jednostki. Moim marzeniem jest, by Krzemionki stały się centrum archeologii pradziejowej w Polsce, bo sam obiekt ma wielki potencjał, zarówno naukowy i turystyczny. Jeśli chodzi o Częstocice powinno to być mocne muzeum regionalne.


- Plany bardzo ambitne, ale od czego pan zacznie pracę w muzeum?

- W Częstocicach na pewno od zmiany wystawy stałej. Obecna charakteryzuje się dużą przypadkowością. Chcę zmienić ją na ekspozycję, która będzie ukazywała dzieje regionu od czasów nowożytnych, być może od średniowiecza. Będą starał się o środki na wyposażenie wystawy w elementy prezentacji multimedialnych.


- Skąd pan weźmie te pieniądze?

- Z programów operacyjnych i ministerialnych. Są w nich priorytety, których celem jest właśnie finansowanie takich przedsięwzięć. Wiadomo, że budżet powiatu jest ograniczony i nie możemy się na nim opierać. Trzeba szukać środków na zewnątrz, a do tej pory nikt w muzeum się tym nie zajmował.


- Uda się to zrobić z dotychczasową kadrą muzeum?

- Myślę, że tak, bo osoby, które są pracownikami mają przecież wieloletnią praktykę w pracy muzealnej. Musimy porozmawiać, przedstawię im swoje plany strategiczne. To nie będą zmiany, które się zamkną w ciągu kilku lat. Jeśli chodzi o pozyskiwanie środków to chyba będę w stanie sam to udźwignąć. Jeśli zajdzie potrzeba, poszukam dodatkowych pracowników. Nie zamierzam wprowadzać autokratycznych rządów, bo osoby które tam pracują mają doświadczenie, a być może po prostu nie mogły do tej pory realizować swoich wszystkich planów.


- Czy to znaczy, że czekali na zmiany? Trudno uwierzyć, że skoro mieli pomysły, nie było żadnej możliwości ich realizacji.

- Nie mówię, że nie było żadnej możliwości ich realizacji. Z pewnością problemem były i są nadal zbyt niskie przychody. Myślę, że na zmiany każdy czekał, bo wiedział, że w końcu one nastąpią. Także stan "pełnienia obowiązków dyrektora" był na dłuższą metę niemożliwy. Nie wiem, czy są zadowoleni, że to ja wygrałem konkurs, ale nie będę o to pytał.


- W takim razie ja zapytam o dalszą współpracę pana i dr Jerzego Bąbla, który ubiegał się o stanowisko dyrektora i przegrał.

- Nie widzę niczego, co mogłoby zaburzyć naszą współpracę, przecież każdy ma prawo startować w konkursie. Zresztą jesteśmy w kontakcie i podjęliśmy już pewne tematy dotyczące działalności badawczej muzeum.


- Dotyczące prac archeologicznych w Krzemionkach?

- Muzeum razem ze mną dysponuje czterema archeologami i chciałbym, aby ten dział, który przez wiele lat funkcjonował tylko na papierze, zajmował się prowadzeniem badań archeologicznych na całym terenie powiatu. Przecież kopalnie nie były odseparowanym ośrodkiem, tutaj osiedlali się ludzie. Będziemy chcieli zbadać proces osadnicze i pozyskiwać zbiory, które będą pokazywane, bo wcześniej czy później ekspozycja na Krzemionkach musi powstać. Muzeum powinno też dysponować swoją wystawą objazdową, którą będzie można użyczać do innych ośrodków muzealnych i która będzie elementem propagującym. Do tej pory tego nie było. Poza tym musimy zmienić tę jednostkę tak, by zwiedzający mogli sobie sami dobierać porcję wiedzy, za pomocą środków interaktywnych. To jest istotne, bo szczególnie młode pokolenia są wręcz uzależnione od środków przekazu typu dźwięk-obraz. Od tego się nie ucieknie, zresztą nie ma sensu, jeśli mamy stworzyć muzeum na miarę XXI wieku.


- O tym mówi się od dawna, jednak są też głosy, że zbyt duży ruch turystyczny wpłynie negatywnie na kopalnię. Nie boi się pan posądzenia o zbytnią komercjalizację tak znaczącego zabytku?

- Nie boję się. Trasa podziemna została wykonywana właśnie w celu obsługi ruchu turystycznego, ale to niewielki fragment całego kompleksu kopalnianego. Są takie głosy, by ograniczyć ruch turystyczny, bo może doprowadzić to do degradacji kopalni. Szacunkowe zalecenia konserwatorskie wprowadzają granicę 100 tysięcy osób odwiedzających rocznie. Krzemionki odwiedzało do tej pory maksymalnie 53 tysiące turystów rocznie, czyli dysponujemy jeszcze sporym zapasem. W samym ruchu podziemnym możemy jeszcze dwukrotnie zwiększyć liczbę odwiedzających, ale Krzemionki nie mogą ograniczyć się tylko do podziemi. Tam musi postać infrastruktura napowierzchniowa. Część archeoturystyczna musi żyć własnym życiem, aby osoby które tam przyjeżdżają miały wrażenie, że wkraczają w inny świat, że przenoszą się w czasie do okresu pradziejowego. Temu przede wszystkim będzie służył skansen, który, co tu ukrywać, jest w opłakanym stanie.


- W koncepcji, którą pan przedstawił na konkursie jest założona jedna cykliczna impreza masowa rocznie. Ma czym ma polegać?

- Będzie to impreza o charakterze popularyzatorskim, z dużym udziałem archeologii eksperymentalnej, aby przeciętny człowiek mógł jej dotknąć, zobaczyć jak ludzie wtedy żyli. Współcześni ludzie mają dość mgliste pojęcie o tamtych czasach. Tymczasem społeczności neolityczne nie były prymitywnymi osobnikami. Funkcjonowali równolegle z wysoko rozwiniętymi kulturami Egiptu, Dorzecza Tygrysu i Eufratu.


- Archeologiczne imprezy na Krzemionkach były już organizowane, ale nie przyjęły się.

- Kilka lat temu były podejmowane takie próby, ale umarły śmiercią naturalną. Tego typu przedsięwzięcia plenerowe cieszą się coraz większą popularnością, bo poziom wykształcenia i świadomości polskiego społeczeństwa wciąż wzrasta. Ludzie mają coraz większe oczekiwania jeśli chodzi o formy spędzania wolnego czasu. Już nie wystarczy wyjechać z rodziną, wypić piwo i zjeść kiełbasę, musi być coś więcej. Tu możemy znaleźć coś dla siebie, przecież muzeum ma pełnić misję kulturalną. Takie imprezy mają służyć popularyzacji i możliwości wzbogacania wiedzy w praktyce. Nie bez znaczenia jest to, że ruch turystyczny pomaga w generowaniu środków finansowych. Oczywiście muzeum nie utrzyma się tylko ze sprzedaży biletów, ale może to być dodatkowy zastrzyk gotówki.


- Czyli przyjezdni będą mogli po prostu założyć skórę i zrobić sobie naszyjnik z krzemienia?

- Mniej więcej tak to ma wyglądać, żeby turyści na własnej skórze doświadczyli jak wyglądało życie w pradziejach.


- Tylko że Krzemionki to nie tylko kopalnię, ale i rezerwat przyrodniczy. Czy ci "dzicy"

w skórach nie zadepczą go?

- Rezerwat przyrodniczy jest pewnym problemem przy tego typu przedsięwzięciach, ale do obsługi masowego ruchu turystycznego ma być przystosowana tylko wyłączona część. Przy tym nie będą to przecież wielkie imprezy dla kilkutysięcznej widowni. Zależy nam na przyciągnięciu wykonawców i turystów, aby impreza nabrała własnego profilu. Chcemy być uzupełnieniem "Żelaznych korzeni" w Starachowicach, "Dymerek" w Nowej Słupi. Te przedsięwzięcia koncentrują się na okresie żelaza, my siłą rzeczy musimy propagować starsze kultury neolitu i wczesnego brązu.


- Nie da się ukryć, że popularyzacja Krzemionek w ostatnim czasie to także zasługa parku jurajskiego w Bałtowie. Współpraca wydaje się więc nieunikniona?

- Jest nieunikniona, ale ja nie traktuję tego jak zła koniecznego, a wręcz przeciwnie. Bałtów w ciągu kilku kilka lat wypracował swoją markę. My musimy to zrobić na Krzemionkach jak najszybciej, aby nazwa żyła i jednoznacznie się kojarzyła, żeby była rozpoznawalna co najmniej na terenie kraju. Współpraca z Bałtowem jest wskazana. Wiadomo, że łatwiej i skuteczniej pracuje się w grupie, szczególnie jeśli chodzi o promocję. Kiedy już będę dyrektorem, będę chciał podjąć rozmowy. Liczę na konstruktywną współpracę.


- Wracając jeszcze do pana koncepcji- aż włos jeży się na głowie, gdy czyta się, że w muzeum i rezerwacie do tej pory nie wprowadzono wzajemnej sprzedaży biletów, czy choć tablic informujących o możliwości zwiedzenia. Nie ma korespondencji mailowej, informacji multimedialnych, co wydaje się rzeczą oczywistą...

- To są rzeczy oczywiste, ale w muzeum ich nie ma. Jedną ze spraw, które chcę zrealizować w pierwszej kolejności jest pozyskanie środków na założenie serwera, bo muzeum do tej pory nie ma nawet swojej strony internetowej. Wydaje się to niewiarygodne, ale biura turystyczne nie mogą zarezerwować biletów przez Internet, wszystko odbywa się drogą telefoniczną. Na wielu stronach, gdzie pojawiają się informacje o Krzemionkach, dane są nieaktualne, bo nikt się nie zajmuje monitorowaniem internetu. Jeżeli muzeum będzie miało swój serwer będzie mogło udostępniać swoje zbiory drogą elektroniczną. Ustawowo taka działalność jest możliwa. Ułatwia to pracę naukową, a ponadto przyczynia się do propagowania i budowania marki muzeum. Czas wprowadzić je w XXI wiek.


- Dziękuję za rozmowę.
/A. Śledzińska/

Podziel się ze znajomymi:
Czytany: 22299 razy,
ostatnio: 2019-12-06 04:25:43
Skomentuj artykuł:
Powrót