Wiadomości z Ostrowca Świętokrzyskiego

Powrót2006-05-02

Niegrzeczne dziewczynki chodzą tam gdzie chcą

Joanna Senyszyn: Nie widzę różnicy między Lepperem a Kaczyńskim

Znana z kontrowersyjnych wypowiedzi, feministycznych przekonań, charakterystycznego głosu i ekstrawaganckich strojów, profesor nauk ekonomicznych Joanna Senyszyn, posłanka SLD, gościła w minionym tygodniu w Ostrowcu Św.

Kliknij na ikonę aby powiększyć załącznik
- Jest Pani autorką sławnego już stwierdzenia, że w Polsce narodził się "kaczyzm"...

- Kiedy z trybuny sejmowej mówiłam że nadchodzi "kaczyzm", Platforma Obywatelska miała największe notowania i nikt nie wierzył, że to Prawo i Sprawiedliwość wygra. Wygrało.

Z expose premiera Marcinkiewicza jednoznacznie wynikało dążenie do ograniczenia demokracji. To była zapowiedź państwa policyjnego, skoro zasadniczą część expose poświęcił policji i służbom, a nie kwestiom obywateli czy gospodarki. Do tej pory nie było koalicji, ponieważ SLD zostawił 6 mld złotych do wydania. Po co więc było robić koalicj? Takie wydatki lepiej przypisać tylko jednej partii. W tej chwili pieniądze zostały roztrwonione. Prawica zawsze miała kłopoty z zarabianiem pieniędzy, więc teraz też będzie je miała. Bezrobocie już wzrosło, nie ma już z czego robić akcji propagandowych, więc trzeba stworzyć koalicję. Klęskami warto się dzielić z innymi. Sukcesy za to przypisywać tylko sobie.


- Mówi Pani jak przedstawicielka partii, która może się poszczycić tylko i wyłącznie sukcesami. A przecież rządy lewicy również nie były idealne.

- Lewica poniosła polityczną cenę tego, że rządziła. Tak to już jest, że partia, która rządzi zawsze z czasem traci poparcie. Lewica oczywiście popełniła liczne błędy. Postawiła przede wszystkim na wzrost gospodarczy, przystąpienie do UE. To było słuszne, ale odbyło się kosztem podziału. Społeczeństwo od lewicy zawsze oczekuje, że będzie sprawiedliwie dzieliła. Niestety, tutaj nie udało się to w pełni. Wzrost gospodarczy, który wypracowaliśmy, zaczął przynosić efekty dopiero pod koniec naszych rządów. Obywatele poczuli się dotknięci. Nasz wynik wyborczy- 12 % można z jednej strony traktować jako sukces, a z drugiej jako porażkę. W porównaniu z 40 % to porażka. W porównaniu z 4-5 %, które nam dawano jeszcze dzień przed wyborami, to sukces.


- Teraz wszyscy czekają na powstanie koalicji i niektórzy patrzą na to z niepokojem (rozmowę przeprowadzono 24.04.). Pani boi się Andrzeja Leppera w rządzie?

- Mnie Lepper w rządzie nie przeraża. Nie widzę żadnej różnicy między nim a Jarosławem Kaczyńskim. PiS jest wart Samoobrony a Samoobrona PiSu. Mówię wprost, że w Polsce nie dzieje się dobrze. Większość Polaków w sferze społecznej ma poglądy lewicowe, w związku z tym tylko lewicowe hasła wyborcze mają szanse zyskać poparcie. Prawica je przejęła i wygrała wybory. W sferze obyczajowej cała prawica jest bardzo konserwatywna, to są partie, które niestety uprawiają w tej chwili klerykalizm. Chcą finansować kościelne uczelnie z pieniędzy budżetowych, budowle sakralne. Temat nas niepokoi, bo ten konserwatyzm szkodzi Polsce. Pod rządami partii prawicowych robimy się coraz większym skansenem w Europie. Ostatnio nawet hierarchowie watykańscy zaczynają mieć poglądy zbliżone do prezentowanych od dawna przez SLD. Na przykład kardynał Martini powiedział ostatnio, że legalna aborcja jest mniejszym złem

i że należy ją legalizować. Trzeba zwalczać zjawisko jako takie, natomiast istnienie podziemia aborcyjnego nie może być w żadnym stopniu zadowalające. Niektórzy hierarchowie Kościoła zaczynają rozumieć, że prawodawstwo nie może się zajmować oceną moralną, a tylko i wyłącznie karalnością negatywnych zjawisk. Prawica chciałaby zaostrzyć ustawę antyaborcyjną z 1993 roku. Nam nie udało się jej zliberalizować, w tym Sejmie nie ma takiej szansy, ale niewykluczone, że będziemy takie działania podejmować.


- Nie jest Pani wielbicielką J. Kaczyńskiego. Niedawno skrytykowała Pani fakt, że w zeznaniu majątkowym przedstawił 5 tysięcy złotych kredytu do spłacenia. Stwierdziła Pani również, że nie nadaje się do rządzenia Polską...

- Mam prawo tak sądzić widząc, czego się w życiu dorobił. Uważam, że urządził już siebie, a teraz będzie usiłował nas urządzić. Reprezentuję pogląd, że najpierw trzeba pokazać, co się w życiu osiągnęło, a potem próbować innym urządzać życie. Ugruntowana pozycja zawodowa daje tak naprawdę dużą niezależność.


- To samo dotyczy kobiet w polityce?

- Jestem ogromnym rzecznikiem tego, by kobiety w większym stopniu uczestniczyły w życiu społecznym i politycznym. Wbrew temu co się mówi, dzięki okresowi PRL średnie wynagrodzenie kobiet w Polsce jest tylko 10 procent niższe od mężczyzn, podczas gdy w krajach UE ta różnica wynosi 15 procent. Okres PRL-owskiej równości wyszedł kobietom na swój sposób na dobre. Kobiety po prostu ciągle walczą o swoje prawa i powoli do nich dochodzą. Niestety, mężczyźni, którzy są przy władzach, w większości partii nie chcą dopuszczać kobiet. Nawet jeśli znajdują się na listach, to nie mają pierwszych miejsc, które mają charakter prestiżowych i łatwiej z nich wygrać. Jestem zwolennikiem ustawy o równym statusie kobiet i mężczyzn, rozwiązań parytetowych. Uważam, że kobietom będzie bardzo trudno osiągnąć równość prawdziwą, jeżeli nie będzie wsparcia. Kobiety za mało wspierają się nawzajem. Wychowują też dzieci. Dziewczynki w Polsce wciąż wychowywane są na grzeczne, zapominając że "grzeczne dziewczynki idą do nieba, ale niegrzeczne idą tam, gdzie chcą".


- W takim razie wobec jakiego klucza powinno się dobierać lewicowych kandydatów na radnych, prezydentów czy burmistrzów?

- Myślę, że partie będą wiedziały najlepiej. Przede wszystkim trzeba dokonać oceny dotychczasowych radnych i ci, którzy już się sprawdzili, powinni być na czele list. Dlatego, że jeżeli zrobili już coś dobrego dla swojego miasta, to trzeba im dać szansę, aby mogli robić to nadal. Na liście powinno być co najmniej 30 procent kobiet. Poza tym ludzie młodzi, również na miejscach, które dają szansę na dostanie się do rady, dlatego że musimy wychowywać następców. Nie można działać na zasadzie "po nas choćby potop". Liczą się przede wszystkim ci, którzy chcą zrobić coś dobrego dla miasta, ale nie tylko chcą, ale już pokazali że coś robią, niekoniecznie jako radni. W organizacjach pozarządowych, stowarzyszeniach bardzo wiele osób realizuje już swoje koncepcje. Nie mam zaufania do ludzi, którzy ciągle obiecują, że coś zrobią, tylko muszą mieć szansę. Tę szansę trzeba sobie samemu wziąć, coś tworzyć, sprawdzić się.


- Lewica przez wiele miesięcy przeżywała kryzys, spowodowany podziałami. Zbliżają się wybory samorządowe i na przykładzie Ostrowca Św. można stwierdzić, że te podziały wcale nie znikły. Macie na to receptę?

- Jedność zawsze była na lewicy największą wartością. To prawica była podzielona, skłócona, nie mogła się porozumieć. Lewica, nawet jeżeli były jakieś wewnętrzne tarcia, to z zewnątrz była monolitem. Oczywiście, jeżeli jest jedna lista to sprawa jest jasna, wyborca idzie i głosuje na tę listę. Jeżeli jest kilka, wówczas głosuje się na jedną z nich, albo na żadną. Podziały na lewicy dotyczą szczebla centralnego, ale i poszczególnych miast, gmin i powiatów. SLD wyciągnął wnioski z nauczki, którą nam udzieliło społeczeństwo. Bardzo chcemy iść do wyborów samorządowych jako jedna siła. Zdajemy sobie sprawę, że nie jest to takie proste, podział zawsze powoduje nieporozumienia, padają słowa które nie powinny padać i ciężko jest potem razem działać. Mimo wszystko jest to jedyna szansa dla lewicy. Być razem mieć wspólne listy.


- Wybory samorządowe mają być dla lewicy przełomem i początkiem naprawy?

- Trudno powiedzieć, czy będą przełomem. Będzie to w dużym stopniu zależało od tego, czy lewica będzie stanowiła monolit i będzie miała wspólną listę. Jeśli tak, to w bardzo wielu gminach i powiatach mamy szansę odnieść sukces. Myślę, że teraz żadna partia nie odniesie miażdżącego sukcesu, wszędzie będą musiały być zawierane koalicje. Uważamy, że w miastach i powiatach niekoniecznie trzeba iść do wyborów pod szyldem SLD. To może być szyld ogólny, lewicowy. Nie może to być koalicja "ratuj się kto może", ale koalicja lewicowa.


- Podział w ostrowieckiej lewicy jest większy, niż może się wydawać. Patrząc z pozycji osoby z zewnątrz wierzy Pani, że w takiej sytuacji zgoda jest możliwa?

- Myślę, że państwo demonizujecie trochę ten problem. To, że lewica jest podzielona nie znaczy że nie pójdzie razem do wyborów. Jest podzielona, ponieważ są takie zaszłości, które nie pozwalają się "kochać", ale nie przecież nie oznacza to, że nie można tworzyć wspólnych list. Jestem przekonana, że zwycięży rozsądek, dobra wola. Przeświadczenie, że tylko jedna lista daje szansę, jest widoczne na szczeblu centralnym, gdzie naprawdę trudno o jednomyślność. Jednak kiedy narodziła się perspektywa wyborów, w marcu zawarliśmy porozumienie. Można się pogodzić, to tylko kwestia chęci. To tak jak w małżeństwie, po latach ludzie nie są już w sobie tak szaleńczo zakochani, ale rozsądek nakazuje być razem, bo potem może się okazać, że obie strony nie mają nic.
/A. Śledzińska/

Podziel się ze znajomymi:
Czytany: 13176 razy,
ostatnio: 2019-12-10 02:36:17
Skomentuj artykuł:
Powrót