Wiadomości z Ostrowca Świętokrzyskiego

Powrót2005-12-05

Leszek Sułek: Z awanturnika na polityka

Rozmowy kontrolowane

Nazwisko Leszek Sułek jest doskonale znane w Ostrowcu Św. i okolicznych gminach. Kiedyś barykadował drogi, organizował pikiety, przyprowadzał zwierzęta przed Urząd Miasta. Trzy lata temu w wyborach samorządowych zdobył ponad 9 tysięcy głosów i został radnym wojewódzkim. Dwa miesiące temu, z wynikiem 7,5 tysiąca głosów, zdobył mandat poselski. Zasiada w dwóch komisjach zajmujących się sprawami społecznymi. Opiera się konwenansom i głośno wyraża to, co myśli. Niewątpliwie szef powiatowej Samoobrony jest jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci na ostrowieckiej scenie politycznej.

Kliknij na ikonę aby powiększyć załącznik
- Panie pośle, podczas jednej z konferencji prasowych potwierdził Pan, że zdobyty mandat to efekt Pańskiej działalności w środowiskach biednych i wiejskich. Pańskim zdaniem to uczciwe zbijać kapitał polityczny na ludzkiej biedzie

i nieszczęściu?

- Nie wiem, czy to jest kapitał. Ja sam jestem człowiekiem biednym i zawsze starałem się tych ludzi podtrzymywać na duchu. Nie było tajemnicą, że mam długi, problemy. Uważałem, że jedynym wyjściem z tej sytuacji jest walka i upominanie się o swoje, począwszy od stowarzyszenia Klub Małego Biznesu, kiedy błędnie zakładałem, że organizując się lokalnie można coś osiągnąć. Na pewno nie tylko biedni ludzie skorzystali na moich działaniach, bo broniłem racji ogólnospołecznych, np. szkół i domów kultury przed likwidacją. Nie można więc tego ograniczać, chociaż nie ukrywam, że bliskie są mi problemy ludzi biednych. Uważam za skandal to, że tysiące ludzi nie ma w Polsce prądu. Nie widzę nic złego w pomaganiu im.


- Był Pan inicjatorem wielu akcji, m.in. podłączania prądu zadłużonym w ZEORK, na co pieniądze przeznaczyły m.in. samorządy miasta i powiatu. Wiedział Pan o tym, że części

z tych ludzi odcięto energię elektryczną, gdyż pobierali ją nielegalnie?

- Tak, wiedziałem. Sam pertraktowałem z dyrektorem zakładu energetycznego w Skarżysku Kam., żeby te kary zmniejszyć. Wszyscy mieli zastosowaną taryfę ulgową. Zadłużenie zmniejszono o połowę, a drugą rozłożoną na korzystne raty po 100- 150 złotych. Uważałem, że trzeba dać szansę tym ludziom. Nie uważam że największym przestępstwem jest to, że ktoś bierze "na lewo" prąd. Weźmy pod uwagę, że były to rodziny z dziećmi. Zachowanie rodziców, którzy chcą obronić dzieci np. przed zimnem, jest naturalnym odruchem. Nie uważam ich za największych przestępców, chociaż jest to niewątpliwie działanie naganne i nie powinno do takich sytuacji dochodzić.


- Próbował Pan zsumować swoje zadłużenia wobec różnych instytucji, ujęte w oświadczeniu majątkowym, zamieszczonym na stronie internetowej Sejmu?

- Zsumowałem i przeraziłem się. Wyszło tego około 200 tysięcy złotych.


- No właśnie. Ma Pan długi w stosunku do Urzędu Skarbowego, ZUS-u, spółdzielni mieszkaniowej...

- Kiedy zostałem posłem, zdecydowałem że muszę te sprawy jak najszybciej uregulować, chociaż zdaję sobie sprawę, że może na to nie wystarczyć kadencji. Przeraziło mnie, że jedna czwarta tych kwot to dług podstawowy, a cała reszta to odsetki. W moim przypadku nie ulegają umorzeniu, ponieważ mam teraz dochody. Wystąpiłem o układ ratalny i będę spłacał długi.


- Wielu ludzi po prostu boi się długów. Proszę doradzić Czytelnikom, jak można egzystować nie płacąc przez kilka lat wielu należności. Nie czuje się Pan z tym źle?

- Bardzo źle się czuję. Wiem jak to jest, kiedy nie ma się w kieszeni ani złotówki, wielokrotnie czułem ten dyskomfort. Były sytuacje, że ktoś przychodził do mnie bo myślał, że jeżeli Sułek jest radnym, to ma kasę. To było błędne założenie, bo ja nie miałem pieniędzy.



- Nawet pełniąc funkcję radnego wojewódzkiego?

- W Sejmiku miałem 1600 złotych dochodu, z czego 900 złotych musiałem oddawać komornikowi. Za 600 złotych trudno przeżyć. Kilkakrotnie proponowałem przewodniczącemu, żeby załatwił mi zaliczkę na porządne buty, o czym nawet donosiła prasa, ale stwierdził, że nie ma takiej możliwości. Moje długi na szczęście nie sięgają milionów złotych i mam nadzieję, że je spłacę.


- Tuż po wyborach zaatakował Pan m.in. starostę ostrowieckiego i dyrektora szpitala Józefa Grabowskiego odgrażając się, że zrobi w powiecie porządki. Teraz jakby Pan ucichł. Czy ma na to wpływ zaangażowanie w prace parlamentu, czy też "incydent radomski" uświadomił Panu, że nie jest Pan ponad prawem i ponad wszystkimi.

- Czekałem po prostu na zmianę rządu, żeby nie strzelać kulą w płot. Na przykład doniesienie na pana Grabowskiego skończyłoby się niczym w poprzednim układzie. To tylko taktyka. Chcę być skuteczny. Na pewno nie pobratałem się z dyrektorem Grabowskim.


- Ale kilka tygodni temu, przed szpitalem, podaliście sobie ręce...

- Jestem już na tym etapie, że podaję rękę wszystkim.


- Incydent z policją w Radomiu ostudził nieco Pański zapał?

- Być może był to jakiś kubeł zimnej wody. Ale nie było to tak, jak podały media.


- Proszę więc powiedzieć, co się stało.

- Zostałem zatrzymany przez patrol, ale przed nikim nie uciekałem, ani nikomu nie ubliżałem. Była pyskówka z policją, nie ukrywam, że nie jest to moja ulubiona grupa zawodowa, bo nie mam powodu ich lubić. Ale nie było tak, jak podał "Super Express".


- Nie używał pan wulgaryzmów wobec policjantów?

- Nie. Na koniec było coś powiedziane na temat czapek, ale możecie sprawdzić, że to ja dwukrotnie zadzwoniłem pod "112" podczas tego zajścia. Po raz pierwszy, że mnie niepotrzebnie szarpią, a na koniec podałem swoje dane i telefon prosząc o kontakt komendanta. Uważałem, że postąpili ze mną nie w porządku. Moją winą jest to, że nie poszedłem za ciosem i nie złożyłem na drugi dzień skargi.


- Na jakim etapie jest teraz ta sprawa?

- Sam się zgłosiłem do prokuratury i rozmawiałem z komendantem, ale przyznam szczerze, że nie wiem, co dalej z tą sprawą.


- Czy to zajście w jakiś sposób rzutowało na postrzeganie Pana w parlamencie, kontakty z innymi posłami i przewodniczącym Lepperem?

- Wytłumaczyłem się sam, co i jak się stało. Dla mnie bycie posłem nie jest rzeczą najważniejszą w życiu. Jeżeli taka potyczka ma zadecydować, że przestanę nim być, to coś tu jest nie tak. Nie

o taki Sejm chodzi i nie o taką reprezentację. Jeżeli prokuratura i inni dadzą wiarę policjantom, mogę przestać być posłem. Myślę, że też będę wtedy żył. Na pewno nie przeproszę tych policjantów, nie poczuwam się do winy. Chociaż sugerowano mi, że byłoby dobrze, gdybym to zrobił.


- Kilka tygodni temu podczas pobytu w Ostrowcu Św. poseł Samoobrony Józef Cepil wypowiedział się w ten sposób: "Poseł Sułek siedzi w klubie parlamentarnym sam, w kącie, nikt z nim nie rozmawia". To prawda?

- To bzdura. Starych kolegów z Samoobrony mam chyba więcej niż poseł Cepil. To brednie, pan poseł Cepil to mały człowiek. Wiele działań które odbywają się tu w Ostrowcu Św. przeciwko mnie co kilka miesięcy, to właśnie jego intrygi. Jak daleko zajdzie tą metodą, zobaczymy.


- Pana relacje z posłem Cepilem, jak widać, nie są najlepsze. Różnicie się między innymi w kwestii Pańskiej roli w referendum na rzecz odwołania prezydenta Jana Szostaka. Stoicie też po dwóch stronach barykady, jeśli chodzi o sprawę karną członka komitetu referendalnego, który nie oddał list z podpisami, przez co zabrakło ich by zwołać referendum w pierwszym terminie.

- Poseł Cepil nie powinien się przyznawać, że nie zna prawa. On przetrzymywał dokumenty wyborcze i w jakiś sposób brał udział w przestępstwie, jeżeli Zbigniew Agatowski rzeczywiście złożył u niego podpisy. Ja myślę, że złożył je po godzinie "0", kiedy już nie miały wartości referendalnej. Chciał się jakoś ze sprawy wykręcić. Pan Cepil przyjął go, bo każdy kto przedstawi się jako przeciwnik Sułka, jest u niego mile widziany.


- Zeznawał Pan podczas poniedziałkowej rozprawy Z. Agatowskiego. Stwierdził Pan, że nie spotkał się z nim na dzień przed planowanym przez komitet wyjazdem do komisarza wyborczego. Tymczasem zeznający przed panem Jacek Balcerowski stwierdził, że obaj spotkaliście się 22 grudnia 2003 roku z oskarżonym...

- Panu Balcerowskiemu chyba pomyliły się daty. Jestem w stu procentach pewien, że ja się nie mylę. Takie spotkanie odbyło się, ale dużo wcześniej. W końcówce referendalnej nie widziałem Z. Agatowskiego w ogóle. Przyszedł do mnie, na co mam świadka, dopiero dzień po terminie złożenia podpisów, a więc chyba 30 grudnia.


- Jest Pan znany z głośnych pikiet, także wielokrotnie przed Urzędem Miasta. To Pan jako pierwszy krzyczał o konieczności odwołania Jana Szostaka. Jakiś czas temu ataki ucichły. Czy zawarł Pan jakiś układ z prezydentem Szostakiem?

- Jak się okazuje, co jakiś czas zmieniam sobie obiekty ataków. Może dlatego, że prezydent przestał być w stosunku do mnie i moich działań tak agresywny. Nie było żadnego układu, czego dowód dałem nie popierając go w drugiej turze wyborów prezydenckich. Zacząłem być trochę politykiem. Sam bym nie poprowadził stołówki, potrzebna była pomoc samorządów. Mogłem być tylko animatorem. Nie wierzę, że ktoś utrzymałby takie przedsięwzięcie tylko ze zbiórek społecznych.


- Trzeba było iść na kompromis?

- Nie do końca. Przecież ze starostą nigdy się nie kłóciłem i też mogłem liczyć na pomoc. Po prostu nie chciałem sobie zamykać dróg.


- Miał Pan obiecane stanowisko kierownika Centrum Integracji Społecznej?

- Nikt mi go nie obiecał. Startowałem w konkursie, podobno nieźle wypadłem. Sprawa przeciągała się, przestało mnie to interesować z racji zbliżających się wyborów. Uważałem, że nie powinienem w to wchodzić, bo przed wyborami nie dam rady się wykazać. Gdyby to było w innym okresie, być może bym walczył. Ja jestem człowiekiem może narwanym, na pewno szybkim w działaniach i te procedury były dla mnie zbyt wolne. Nie wiem, co się kryło za kulisami, czy nie chciano mi dać tego stanowiska, czy w grę wchodziło co innego, czy obiecano je komu innemu.


- Proszę powiedzieć jak to jest, że Pańscy współpracownicy, osoby z którymi budował Pan Samoobronę w powiecie ostrowieckim, odwracają się od Pana, wręcz stają się wrogami?

- Proszę o to spytać posła Cepila. Ja nie prowadzę taktyki wyrywania komuś ludzi, nie prowadzę wojny podjazdowej. Nie wychylałem się za powiat, nie snułem intryg. Nie chciałbym mieć tylu wrogów, ilu ma poseł Cepil na terenie województwa świętokrzyskiego. Myślę, że jego losy jako przewodniczącego partii w regionie świętokrzyskim są już przesądzone.


- Samoobrona jest teraz partią stojącą u progu koalicji, a co za tym idzie- władzy. Poniedziałkowa "Rzeczpospolita" podała, że: "w sejmowych kuluarach mówi się, że posłowie Samoobrony zamierzają wprowadzić restrykcyjne kary wobec dziennikarzy i ich redakcji. Oficjalnie działacze partii jednak zaprzeczają. Podobno pojawił się pomysł, aby gazeta, która w ciągu roku przegra trzy procesy o zniesławienie, była automatycznie zamykana. Pretekstem do wprowadzenia takich zmian mają być prace nad nowelizacją prawa prasowego". Czy pod hasłem obrony obywateli niesłusznie pomówionych przez media mogą zostać wprowadzone zapisy chroniące głównie polityków? Pan również był wielokrotnie atakowany przez media. Podoba się Panu ten pomysł?

- O niczym takim nie słyszałem. Uważam jednak, że nie powinno się zamykać gazet, ale wypracować jakiś consensus. Państwo powinniście być na tyle dojrzali w wykonywaniu swojego zawodu, że nie powinno dochodzić do procesów. Trzeba patrzeć na drugą stronę medalu i poświęcić trochę czasu na sprawdzenie wszystkich wątków sprawy.


- Jak Pan skomentuje nową politykę Andrzeja Leppera, o której coraz głośniej w środkach masowego przekazu?

- Nie jest ona taka, jak podają media. Samoobrona chce iść inną drogą, nie tą która reprezentuje socjalizm, nie tą co kapitalizm. Użyto tylko nowej nazwy- socjalliberalizm.


- Co w takim razie z Balcerowiczem? Może zostać, czy musi odejść?

- Andrzej Lepper powiedział tylko, że nie samego Balcerowicza należy winić, ale także tych, którzy przyjęli ustawę, a zrobiła to Platforma Obywatelska. Leszek Balcerowicz zachowuje się lojalnie wobec ustawy. Najpierw trzeba mu zmniejszyć pole działania, żeby nie wymykał się spod kontroli Sejmu, bo teraz robi co chce. Myślę, że jest to kwestia zakończenia kadencji. Na pewno odejdzie i Lepper będzie przeciwko niemu.


- Wracając do spraw lokalnych, powiat ostrowiecki ma teraz trzech posłów. Widzi Pan pole do współpracy z Jarosławem Rusieckim i Zbigniewem Paceltem? A może już ją nawiązaliście?

- Jeszcze, ale mam nadzieję, że nawiążemy. Spotykamy się często w Sejmie, ostatni okres był jednak gorący, szczególnie dla PiS. Za mało czasu minęło od wyborów, ale sądzę, że dogadanie się jest możliwe. Żaden z tych panów nie był nigdy moim wrogiem, ani przedmiotem ataków. Sami też mnie nie atakowali.


- Dziękujemy za rozmowę.
/A. Śledzińska, W. Frańczak/

Podziel się ze znajomymi:
Czytany: 8873 razy,
ostatnio: 2019-12-12 22:15:08
Skomentuj artykuł:
Powrót