Wiadomości z Ostrowca Świętokrzyskiego

Powrót
2009-09-30 22:44:09

Bolesna rocznica

Ku pamięci i przestrodze

W środę 30 września obchodzić będziemy rocznicę śmierci trzydziestu mieszkańcach naszego miasta, którzy w 1942 roku zostali powieszeni na Rynku przez hitlerowskiego okupanta. Jak ten moment pamiętają mieszkańcy naszego miasta? Co czuły rodziny, które straciły tam bliskich? Wysłuchajmy relacji tych, w wspomnieniach których zapisało się to wydarzenie.

Joanna Chruszczyńska

Nikt nie wiedział, jakie to popołudnie 30 września 1942 r. będzie brzemienne w skutkach, jak tragiczne. Miałam wtedy 16 lat. Rwałam kwiaty do flakonów. Ostatnie jesienne kwiatki, a w każdym z nich widziałam bajeczne barwy. W pewnej chwili usłyszałam głos, ktoś mówił na ulicy: "Wieszają zakładników na Rynku!"

Wraz z moją starszą siostrą i młodszym bratem pobiegłam zobaczyć powieszonych. Rynek otoczony był tłumem ludzi. Była to pora zmiany w hucie. Niemcy celowo o tej porze dokonali egzekucji, aby pokazać swą siłę nad bezbronnym narodem polskim.

Stanęłam na stercie cegieł wyburzonej żydowskiej kamienicy, w tym miejscu, gdzie obecnie znajduje się apteka. Spojrzałam...

Jeden przy drugim wisieli straceni mieszkańcy Ostrowca. Twarze ich wydawały mi się woskowe, głowy i szyje wydłużone. Obwisłe ramiona i te nogi, nogi wiszące nad poziomem ziemi, które widzę do dziś. Ostatni powieszony był kolegą mojej siostry. Tadeusz Gryglewicz miał 19 lat, najmłodszy wśród straconych.

Na głowie miał czapkę, która zsunęła mu się na twarz. Mimo że dokładnie widziałam, co działo się dookoła, wszystko wydawało mi się nieprawdziwe. Czy to makabryczny sen, czy upiorna prawda?

Oderwałam oczy od widoku tragedii. Spojrzałam na ludzi, stali ze smutnymi twarzami, byli jakby bezcieleśni, niby olbrzymi krąg bladych twarzy wykutych z marmuru.

W zamyśleniu dotarł do mnie głos jakiegoś mężczyzny, dziewczyno zmykaj do domu, bo zemdlejesz. Po chwili poczułam, jak lekko dzwoni mi w uszach i nogi się uginają. Z trudem przecisnęłam się przez tłum i pobiegłam do domu. Całą drogę płakałam i coś do siebie mówiłam. Wpadłam do przedpokoju, krzycząc "mamo!".

Łzy zalewały mi twarz, ich gorzki smak czułam w ustach. Nagle spostrzegłam, że jest mi ciemno przed oczami. Gdy je otworzyłam, leżałam na łóżku. Miałam na sobie nową pidżamę w małe różyczki. Mama nie kazała mi w niej spać, mówiła, że musi być jedna porządna pidżama w razie choroby. Pomyślałam... Chyba jestem chora, lecz przypomniałam sobie powieszonych i znów rozpoczął się szloch. Trzymałam chusteczkę do nosa mokrą od łez i pogryzioną. Mama rzekła: "już trzecią chustkę gryziesz, jak tak dalej będzie, to chustek zabraknie. Ojciec się odezwał: "daj jej walerianę, niech się uspokoi". I krople nie pomogły. Zaczęłam szlochać coraz głośniej. Czułam, że nie dam im w nocy spać. Gdy było już całkiem ciemno, po cichutku wyszłam z kuchni. Siadłam przy oknie. Nogi podwinęłam pod siebie, głowę wtuliłam w ramiona i tak skurczona mogłam płakać do woli. Nikt mnie nie słyszał. Światła nie wolno było palić w nocy, ale blask księżyca oświetlał kuchnię. Przymusowa bezczynność męczyła mnie. Wspomnienia wydarzeń ostatnich godzin napełniały mnie lękiem i drżeniem całego ciała. Cienie padające z ulicy układały się w postacie powieszonych, pojawiały się i znikały, jakby rozpływały. Ten dramat wrył się w mej pamięci na całe życie. Przed oczami stanął mi obraz na dzień przed aresztowaniem Tadka. Szłam na pocztę obok plebani, a Tadeusz ze mną. Zapytał: "Lubisz kwiatki?". Powiedziałam: "no pewnie". "Jutro ci przyniosę" - odparł. Wyciągnął obie ręce przed siebie, jakby kogoś obejmował w pasie i powiedział: "tyle". "U was nie ma ogródka" - powiedziałam. Odrzekł: "z plebani". Spojrzałam, od strony Alei olbrzymi ogród cały tonął w kwiatach. Pomyślałam, już nigdy nie zagra na swych skrzypcach, a grał tak ładnie i kwiatów nikomu nie przyniesie.

Co pewien czas na ulicy słyszałam głośny stukot żołnierskich butów i te znienawidzone kroki, które paraliżowały mnie. Po cichutku sama do siebie powiedziałam: "znienawidzone szkopy", kiedy stąd wreszcie pójdą, dalej myślałam, przecież to oni i ich Hitler przyczyniają się do tych mordów. Analizowałam, czy można być naprawdę dobrym, gdy wokoło jest zło? Czy moralność może być dzika, zabijać?

Nie miałam na to odpowiedzi... Od tamtych czasów upłynęło już sześćdziesiąt siedem lat - mimo tego we mnie i w moich utworach żyje ten sam tragiczny dzień...

Barbara Gogol, córka Antoniego Grada

We wrześniu 1942 roku miałam 7 lat. Mieszkaliśmy wówczas na ul. Bernera, dzisiejsza ul. Świętokrzyska. Nie byłam świadkiem egzekucji, ponieważ byłam ciężko chora. W mieście panowała wtedy epidemia tyfusu. Zachorowałam akurat w dniu aresztowania ojca, które miało miejsce z 14 na 15 września. Wcześniej faktycznie wysadzony był gazociąg na Romanowie, który stał się powodem aresztowań. Gestapo aresztowało wtedy nie przypadkowych zakładników z łapanki, a osoby wybrane, które były bardzo dobrze znane w Ostrowcu. Nasze miasto nie było wtedy tak duże jak teraz i każdy znał się z każdym. Większość aresztowanych była już wtedy w ruchu oporu. Sądzę, że mój ojciec też do niego należał. Nigdy się tym nie chwalił, mamie o tym nie mówił, bo być może nie chciał, aby się tym denerwowała, jednak ojciec odwiedzał m.in. panów Grunwalda, Wróblewskiego, doktora Dudę, który przyjechał tu z Poznania. Wydaje mi się, że panowie Smoliński i Saski również byli zaangażowany w ruch oporu. Faktem jest też sytuacja, że z aresztu próbowano zwolnić pana Saskiego. Stwierdził on jednak, że jak Niemcy mają zwolnić wszystkich, nie tylko jego.

Sam fakt aresztowania ojca doskonale pamiętam. Gestapowcy przyszli wieczorem po ojca, zachowywali się stosunkowo kulturalnie i pozwolili mu pożegnać się z rodziną. Twarzy ich nie pamiętam za dobrze, ale sylwetki i czarne płaszcze do dzisiaj przypominają mi się.

Moja mama nie była na Rynku podczas egzekucji. Nie miała w sobie na tyle siły, aby to oglądać. Ja tym bardziej nie mogłam tam pójść. Jak już wspomniałam, byłam chora i fakt ten raczej trzeba było ukryć przed Niemcami. Relację z tego wydarzenia znam z opowieści dziadka, który był wtedy na Rynku.

Szubienice znajdowały się w tym miejscu, gdzie stoi dziś pomnik. Ich przęsła szły od zachodniej do wschodniej części Rynku, ponieważ Niemcy przygotowywali egzekucję na 30 osób. Z relacji dziadka wiem, że mój ojciec zawisł siódmy od strony zachodniej i miał przywiązane nogi do przęsła. Nie od dziś wiadomo, że jeden z powieszonych się zerwał i właśnie był to mój ojciec, a nie pan Saski, jak krążyły pogłoski. Ojciec nie był wyskoki. Miał około 1,70 metra, ale był osobą dość postawną, więc zerwał się z przygotowanej szubienicy. Dlatego też przywiązano mojemu ojcu nogi do przęseł.

Choć pojmano 30 jeńców, na szubienicach zawisło tylko 29, ponieważ aptekarz Henryk Widmański otruł się wcześniej w siedzibie gestapo. De facto został jednak przywieziony na Rynek, aby liczba skazanych się zgadzała.

Nie wiem, czy ktoś z Polaków był podczas egzekucji na Rynku, ponieważ był on zamknięty, a okna w okalających go kamienicach musiały być zasłonięte. Dopiero po egzekucji Polacy mogli wejść na Rynek. Ciała wisiały tam dość długo. Zawieziono je na platformach z browaru Saskiego na cmentarz na ul. Denkowskiej.

Zanim jednak Niemcy wycofali się z Ostrowca, w maju 1944 roku zaczęli zacierać ślady zbrodni, które popełnili. Do grobu, gdzie spoczęły m.in. szczątki mojego taty, Niemcy wprowadzili do rury, którymi popłynęła substancja, która spowodowała, że spoczywające w ziemi ciała spaliły się. Jakiej użyli substancji, niestety nie wiem. Po wojnie pracowałam na kolei. Poznałam tam Orzechowskiego, który mieszkał blisko cmentarza i widział ze strychu moment spalenia tych zwłok. Niemcy zamknęli się wtedy na cmentarzu. Nad mogiłami unosił się okropny zapach i dym, natomiast w miejscu mogił widoczne były ślady po rurach. Po wyzwoleniu w 1945 roku część żon pomordowanych była za tym, aby rozkopać grób. Większość jednak nie chciała ekshumacji i stanęło na tym, że grób nie został rozkopany.

Lata mijają, nas jest coraz mniej. Co roku na uroczystej mszy 30 września kogoś z nas brakuje. Dobrze byłoby, aby inni pamiętali też o tym, co wydarzyło się na Rynku 67 lat temu.

Tadeusz "Orlicz" Religa, świadek egzekucji, członek "Szarych Szeregów"

Egzekucja z 30 września 1942 roku była konsekwencją sabotażu z 11 września 1942 roku, kiedy to miejscowa dywersja wysadziła gazociąg podwieszony pod most na Romanowie. W odwecie Niemcy 15 września aresztowali mieszkańców Ostrowca i uwięzili ich w magistracie.

W dniu aresztowania miałem udać się z meldunkami do Radomia. Mieszkałem przy ul. Denkowskiej. Idąc na dworzec, mijałem baraki, w których stacjonował oddział junaków. Gdy wychodziłem z mojej posesji, zostałem oświetlony silnym światłem latarki. Sądziłem, że to ktoś z junaków chciał zobaczyć przechodnia. Był to jednak umundurowany Niemiec, który wylegitymował mnie i doprowadził do domu Leona Smolińskiego. Przy furtce stała grupa żołnierzy niemieckich i znany mi z widzenia gestapowiec Peters. Po krótkiej wymianie zdań z gestapowcami oddaliłem się od posesji Smolińskiego. Przy furtce zauważyłem gospodarza, który ubierał się pospiesznie. Gestapowcy zadawali mu pytania, których nie słyszałem. Zabrali go do magistratu. Wtedy aresztowano też proboszcza parafii św. Michała -ks. Tadeusza Szubstawskiego, mojego kolegę Tadeusza Gryglewicza oraz Stanisława Saskiego. Proboszcza zwolniło gestapo, z kolei brat Saskiego w zamian za obietnicę odbudowy mostu chciał wykupić krewnego. Niestety nie udało się mu to.

Z tego co wiem, Tadeusz Gryglewicz został aresztowany, ponieważ podejrzewano go o sabotaż. Pracował bowiem na złączu telefonicznym na hucie i w momencie jak Niemcy dzwonili, że most na Romanowie płonie, Gryglewicz nie połączył ich ze strażą pożarną.

30 września 1942 roku z samego rana na Rynku Żydzi zaczęli budować szubienice z trzech desek. Dwie deski się krzyżowały, a trzecia opierała się na złączeniu. Zbudowano sześć takich przęseł, po 3 metry każda. Jedno przęsło przeznaczone było dla 5 osób, a zapach sosnowego drewna czuć było z daleka.

Akcję wieszania ostrowczan rozpoczęto około drugiej po południu, w momencie, gdy robotnicy wychodzili z fabryki. Niemcy zamknęli wtedy dostęp do Rynku. Całą sytuację można było obserwować tylko z daleka. Mord na polskich obywatelach oglądałem razem z moim przyjacielem "Giermkiem". Zatrzymaliśmy się na ul. Iłżeckiej, na rogu pierwszego budynku. Na drodze stał niemiecki żołnierz, który karabinem zagradzał dostęp do Rynku. W miejscu, gdzie stałem, widoczne były tylko dwa pierwsze przęsła szubienicy. Reszta schowana była za krzakami. Udało mi się podejść nieco bliżej. Zobaczyłem 29 osób, które stały w rzędzie i jedna po drugiej były wieszane. Jako pierwszy zawisł Saski. Przedostatni był mój kolega Tadeusz Gryglewicz. Stał w rzędzie jako 28, więc patrzył jak wieszają innych i czekał na swoją kolejkę. Przerażała mnie świadomość, że wśród tych osób znalazł się mój kolega, który musiał patrzeć jak giną inni. Nie mogłem uwierzyć, że to prawda. W końcu udało mi się przedrzeć pod szubienicę. Przy ostatnim segmencie stał z rękami splecionymi z tyłu ojciec Tadeusza Gryglewicza, który wpatrywał się w syna. Podałem mu rękę, ponieważ go znałem. Ojciec Tadka, nie odwracając wzroku od syna, podał mi swoją dłoń, zimną i mokrą. Żołnierz przechodzący obok szubienicy zaczął odpychać tych, co podeszli do skazanych i ojciec Tadka upadł na mnie. Spojrzałem na szubienicę jeszcze raz. Ciało młodego Gryglewicza obracało się jak marionetka na wietrze, a czapka tkwiła niedbale na jego głowie.

W tym dniu stracono 29 mieszkańców naszego miasta. Jeden z aresztowanych popełnił samobójstwo. Ich ciała wywieziono na platformach.

Tadeusz Plaskota, syn Jana

Było to we wrześniu 1942 roku. Pewnego wieczoru gestapo wyciągnęło tatę pod pretekstem wskazania miejsca zamieszkania jednego z naszych znajomych. Wtedy wszyscy zostaliśmy postawieni na nogi. Mama chciała iść za ojca i wskazać, gdzie mieszka poszukiwany przez gestapo człowiek. Jednak Niemcy nie ustępowali i chcieli, aby uczynił to tata. Wszyscy wyszliśmy na ulicę. Gestapowiec nawoływał mamę, aby się wróciła, bo to jej mąż ma z nimi pójść. Mama nie ustępowała, dopiero słowa Niemca, że ma się wrócić, bo inaczej zaczną strzelać, spowodowały, że wróciłem z mamą do domu. Później dowiedzieliśmy się, że były aresztowania i tata jest w więzieniu na Głogowskiego.

Podejmowane były różne działania, aby wyciągnąć aresztowanych z więzienia. Z drugiego piętra magistratu chciano zrzucić na plac, po którym spacerowali nasi ojcowie, torbę z narzędziami do przepiłowywania krat. Okazja była ku temu, ponieważ policjantem był przyjaciel naszych rodziców Maciej Liszega. Niestety w umówionym terminie był inny policjant i nie udało się. Zastanawialiśmy się długo, czy nie była to przypadkiem prowokacja i czy Niemcy nie zaczną mścić się na żonach i dzieciach.

Miałem wtedy siedem lat. Mieszkałem na ul. Iłżeckiej. Koło nas mieszkała rodzina wysiedlona z poznańskiego. Miała ona syna Dzidka, z którym się przyjaźniłem. Przybiegł do mnie 30 września 1942 roku i zawołał mnie, abyśmy poszli na Rynek, bo coś tam stawiają. Byliśmy ciekawi jak to dzieci, co się tam dzieje. Doszliśmy do Rynku od strony ul. Ilżeckiej, która wyłożona była wtedy kocimi łbami. Z Iłżeckiej przesuwaliśmy się w głąb Rynku. W pewnym momencie z okrągłego kiosku wyszła pani Jasińska, która mieszkała za naszym domem, złapała za ręce i wciągnęła do kiosku, krzycząc na nas, że jeszcze Niemcy nas pozabijają. Okna jej kiosku zaklejone były gazetami, tak jak okna przylegających do Rynku kamienic. Nie wolno było po prostu oglądać tego, co się tam działo. Przez szparę między gazetami jednak widać było co nieco. Widziałem jak od strony Głogowskiego prowadzono skazanych. Wydawało mi się, że widzę ojca, który obrócił się w kierunku naszego domu. Później dowiedziałem się od pana Liszegi, że ojciec prosił przed wyprowadzeniem ich z aresztu, aby przekazał mamie, żeby wychowała chłopców na dobrych obywateli ojczyzny.

Odbyła się egzekucja. Wszyscy po kolei zostali powieszeni. Na egzekucję dowieziono jednego jeńca. Był to chyba doktor Duda, którego po dowiezieniu od razu powieszono. Po egzekucji odblokowano Rynek. Pobiegliśmy wtedy do domu. Musiałem powiedzieć mamie o tym, co się przed chwilą stało. Ul. Ilżecką, którą biegliśmy, jechał znany w Ostrowcu dorożkarz Zemsta. Na wysokości ul. Szerokiej wsiedliśmy na tylną oś dorożki i pojechaliśmy nią, aby było szybciej. Koło naszego domu zeskoczyliśmy z naszego środka lokomocji. Chciałem dobiec do furtki, ale w tym momencie dorożka się zatrzymała i wysiadła z niej moja mama. Jak się okazało, wiedziała już o tym, co wydarzyło się przed chwilą na Rynku.

Ciała po zdjęciu z szubienic zostały pochowane przy murze cmentarza przy ul. Denkowskiej. Rodziny pomordowanych chciały wykraść zwłoki i pochować je na cmentarzu. Dotarła do nas jednak wiadomość, że najprawdopodobniej żadnych zwłok w grobie nie ma, bo Niemcy, wycofując się, zatrudnili pluton chemików, który spalił ciała. Osoby, które mieszkały w pobliżu, twierdziły, że w okolicy unosił się wtedy swąd.

Informacji na temat, gdzie leży poszczególna osoba, udzielał woźnica, który przetransportował ciała z Rynku na cmentarz. Powiedział nam, że nasi ojcowie byli wrzucani do grobu nogami do środka. Wtedy był to dla nas temat tabu, świętość, że mój tata leży tu, a twój tu. Z biegiem lat upiększono grób. Ktoś wpadł też na pomysł, aby z jednej strony postawić pomnik i ułożyć nagrobki w kolejności alfabetycznej.

/K. Tomala, K. Fałdrowicz/

Podziel się nim ze znajomymi:

Czytany: 11745 razy,
ostatnio: 2019-05-26 01:42:52

Skomentuj ten artykuł:

Komentarze:

  ~
   
Jeszcze nikt się nie wypowiedział na ten temat.

Powrót

Strona główna  ·  Aktualności  ·  Rozrywka  ·  Turystyka  ·  Komunikacja  ·  Gospodarka  ·  O Ostrowcu  ·  Użytkownicy  ·  Kontakt

Osób online: 225       © 99-2017 MAcSi & Redakcja       Nasze domeny: Ostrowiec Świętokrzyski · Ostrowiec Św. · Naprawa zderzaków

Uwaga! Nasza strona stosuje pliki cookies w celu zapewnienia poprawnego funkcjonowania serwisu i korzystania z naszych usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz te ustawienia zmienić wykorzystyjąc odpowiednie funkcje przeglądarki. Zamknij