Wiadomości z Ostrowca Świętokrzyskiego

Powrót2008-11-10

Postawić na współpracę!

Bobkiewicz o PZPN, EURO, KSZO i polityce

O wyborach do związkowych władz, przygotowaniach do EURO 2012 oraz o tym, co stoi na przeszkodzie w poprawieniu sytuacji w sporcie krajowym i ostrowieckim rozmawialiśmy z nowo wybranym wiceprezesem komisji rewizyjnej PZPN, ostrowczaninem Stanisławem Bobkiewiczem.

Kliknij na ikonę aby powiększyć załącznik
- Był Pan jedynym przedstawicielem z Ostrowca Św. podczas zjazdu PZPN, na którym dokonano wyboru nowych władz związku. Jak wyglądały obrady "od podszewki"?

- Obrady momentami były dość nerwowe, gdyż władza państwowa chciała ingerować w wewnętrzne sprawy stowarzyszenia, jakim jest PZPN. Przez wiele lat były zakusy na przejęcie władzy w związku przez różne opcje polityczne, jednak zawsze udawało się obronić go przed polityką. Najgorzej jest wówczas, gdy polityka wkracza do sportu. Piłka nożna jest bardzo popularną dyscypliną sportu i zaczynają się wokół niej pojawiać bardzo duże pieniądze. Jak wiadomo, tam gdzie są duże środki finansowe, tam zaczynają się tworzyć różne grupy interesów i również w tym przypadku nie obyło się bez tego. Polska jest krajem znajdującym się w Unii Europejskiej i wybory powinny być przeprowadzone w sposób iście demokratyczny.

- Nie wszystkie wystąpienia podczas zjazdu zostały ciepło przyjęte, a najwięcej emocji wzbudziła wypowiedź Hryhorija Surkisa, prezydenta Federacji Piłki Nożnej Ukrainy.

- Nie podobały mi się próby zrobienia Zbyszka Bońka na siłę prezesem. Było to nieeleganckie, bo prezes musi być wyłoniony w sposób demokratyczny przez uprawnionych do tego delegatów. Niektóre zachowania podczas zjazdu przypominały dawne czasy, kiedy to kandydata "przywożono w teczce", bez względu na to, czy ktoś go obdarzał zaufaniem, czy też nie. Możemy sobie przypomnieć, że prezesami klubów, nie tylko w naszym mieście, byli ludzie, którzy w wielu dziedzinach życia gospodarczego się nie sprawdzili, więc dawano im stanowisko w klubie, aby sobie do emerytury posiedzieli. Dzisiaj potrzebujemy ludzi z autorytetem, szanowanych, którzy są akceptowani przez środowisko piłkarskie.

- Czy PZPN zajmie się teraz w większym stopniu walką z korupcją?

- Musimy oddzielić dwie sprawy. Pierwszą z nich jest korupcja, która zaczęła się w Polsce w sporcie czy też innych dziedzinach życia nie w ostatnim czasie, lecz już w latach 50. Wówczas nie było jednak odpowiednich zapisów prawnych, które pozwoliłyby ścigać podobne przestępstwa. Dopiero w 2003 roku minister sprawiedliwości objął korupcję w sporcie ustawą i wówczas rozpoczęło się jej ściganie. Należy sobie jasno powiedzieć, że korupcja w sporcie nie dotyczy tylko piłki nożnej. Wystarczy sobie przypomnieć czasy boksu w Ostrowcu Św. i co w owym czasie wyczyniali sędziowie. Żaden z nich nie został pociągnięty do odpowiedzialności, gdyż wówczas prawo tego nie obejmowało. Bardzo dobrze się dzieje, że teraz te kwestie w piłce nożnej są rozliczane i uważam, że powinny być rozliczone do samego spodu. Drugim torem jednak musi iść normalna działalność związku. Mamy mnóstwo reprezentacji narodowych, którymi musimy się opiekować. PZPN nie dostaje właściwie żadnych środków na swoją działalność, poza tymi, które są przeznaczane na działalność szesnastu Szkół Mistrzostwa Sportowego, a o pozostałe środki musi zadbać sam. Kolejną sprawą, jaka stoi przed związkiem, jest uporządkowanie wszelkich spraw formalnych związanych z jego funkcjonowaniem. Musimy dostosować przepisy prawne związku i wszystkich komisji przy nim działających, a jak wiadomo, PZPN to naprawdę duża organizacja.

- Czy nie był dla Pana zaskakujący fakt, iż tuż przed zjazdem rząd zintensyfikował działania związane z PZPN?

- Wiele działań władzy przed zjazdem było dość kontrowersyjnych, jak wprowadzenie kuratora do związku czy też wkroczenie Urzędu Kontroli Skarbowej. Władza bardzo się cieszyła z zabrania środków, których nie dawała, a przecież te pieniądze nie były przeznaczane dla ludzi ze związku, a na działalność reprezentacji narodowych juniorskich, młodzieżowych czy też kobiet. Należy ubolewać nad tym, bo na tle innych państw Polska nadal porównywalna jest do krajów afrykańskich. Procent dochodu narodowego, jaki przeznaczamy na kulturę fizyczną i sport, jest nadal śmieszny.

- Czy uważa Pan, że wybór Grzegorza Lato na stanowisko prezesa PZPN poprawi stosunki panujące pomiędzy związkiem a rządem?

- Jakie można mieć zastrzeżenia do Grzegorza Lato? Jest to wybitna postać, rozpoznawalna zarówno w Europie, jak i w świecie, chociażby dzięki takim osiągnięciom jak zdobycie tytułu króla strzelców mistrzostw świata w 1974 roku, złotego medalu igrzysk olimpijskich czy też srebrnego medalu mistrzostw świata. Być może Grzegorz jest słabszym mówcą niż inni, jednak siła tkwi nie w słowach, a w czynach. Ma jedną ważną cechę - jest skromny i, co bardzo ważne, umie słuchać, w odróżnieniu od innych, którzy są butni i aroganccy. Są to przymioty, dzięki którym zyskał sobie w środowisku piłkarskim szacunek. Sądzę, że byłoby dużym błędem ze strony władz, gdyby nie chcieli usiąść z nim do rozmów. Wierzę, że wiele spraw pod okiem Grzegorza uda się wyprostować.

- Pan poparł w wyborach jego kandydaturę?

- Tak, z tych powodów, o których wspomniałem oraz dlatego, że pochodzi z miasta, podobnego do Ostrowca Św. i dobrze zna problemy takich środowisk, jak nasze. Zresztą często u nas bywał, jeździliśmy też wspólnie do Warszawy na obrady prezydium PZPN. Mieliśmy wówczas okazje do wymiany poglądów na temat futbolu i jego funkcjonowania w takich ośrodkach jak Ostrowiec Św. i Mielec.

- Zmiany w PZPN dotknęły również zarząd, który został znacznie odchudzony.

- To prawda z 35 osób został zmniejszony do 18 członków. Nie ma już sądu koleżeńskiego i pozostała jedynie komisja rewizyjna. Inne ciała statutowe również zostały ograniczone. Ostatecznie wybieraliśmy 25 osób funkcyjnych w związku - 18 członków zarządu i 7 członków komisji rewizyjnych.

- Pana dotychczasowa praca w związku została doceniona, gdyż znalazł się Pan w gronie członków komisji rewizyjnej, a następnie został wybrany jej wiceprezesem. Chyba jest to dla Pana satysfakcjonujące?

- Nie ukrywam, że tak. W zarządzie i w prezydium PZPN byłem dość długo, bo 12 lat i uważam, że należało już dać szansę pracy innym.

- Jest Pan również wiceprzewodniczącym komisji ds. EURO 2012. Ostatnio ze strony ukraińskiej dochodziły do Polski dość niepokojące informacje o dużych opóźnieniach w przygotowaniach. Jak to wygląda naprawdę?

- Mam bezpośredni kontakt z kolegami z Ukrainy. Jak wiemy, są tam zawirowania polityczne, jednak uważam, że dziennikarze nieco przesadzają z pesymistycznymi informacjami. Od 2003 roku, kiedy rozpoczęliśmy realizację tego projektu,Polska miała więcej trudnych momentów niż Ukraina. Ukraińcy patrzyli wówczas na nas z dużym zrozumieniem i nigdy nie było tam takiego larum w prasie jak u nas. Ukraina jest krajem niezależnym i powinniśmy się skupić na naszych sprawach, na budowie dróg, lotnisk, stadionów, a nie wtykać nos w wewnętrzne sprawy Ukrainy. W lipcu, będąc u naszych sąsiadów z Adamem Olkowiczem, udzieliliśmy wielu wywiadów, gdzie musieliśmy prostować głupoty wypisywane w prasie w naszym kraju oraz wypowiadane przez kolegów ze spółki, która się zajmuje EURO 2012. Są to młodzi ludzie, niedoświadczeni i niektóre ich wystąpienia i opinie wyrażane na temat Ukrainy zostały przez naszych sąsiadów bardzo źle odebrane. Przyjdzie czas, kiedy to my zostaniemy poddani ocenie przez komisję UEFA, a ta jak na razie ma sporo uwag co do tempa prac w naszym kraju.

- Jak Pan ocenia stan prac w Polsce? Czy zdążymy wykonać wszystkie zalecane prace?

- Sądzę, że ze stadionami zdążymy. Mam niestety duże obawy dotyczące budowy dróg, lotnisk, przejść granicznych, głównie ze względu na sytuacje związane z wywłaszczeniami terenów, które zabierają wiele czasu. Myślę, że łatwiej będzie z drogami ekspresowymi, co powinno w pewnym stopniu rozwiązać problemy komunikacyjne.

- Stadiony zapewne wybudować zdążymy, jednak czy zdołamy zbudować na EURO 2012 na tyle silną reprezentację, by ta mogła walczyć jak równy z równym z najlepszymi na naszym kontynencie?

- Z pewnością mamy wielu utalentowanych młodych piłkarzy, ale na wielką piłkę jesteśmy póki co za biedni. Nie ma co ukrywać, że te sukcesy, które mieliśmy do tej pory, były na wyrost. Porównywaliśmy się z Anglią czy też Niemcami. Wystarczy jednak pojechać do tych krajów i porównać, jakie są budżety w tamtejszych klubach i jaką mają infrastrukturę. Na ich tle prezentujemy się wstydliwie. W piłce jest mało przypadków. Takie mogą się zdarzyć raz na dwa lata, ale bez systematycznej pracy, bez bazy, infrastruktury i inwestycji niczego wielkiego się nie osiągnie. Mimo to jestem optymistą, gdyż obecna władza bardzo poważnie podeszła do budowy obiektów sportowych. W naszych warunkach klimatycznych musi powstawać wiele sztucznych nawierzchni, które pozwolą na grę w ciągu całego roku. To powinno przynieść efekty.

- W ostatnich latach wokół KSZO było wiele zawirowań. Jak oceni Pan ten okres?

- Wielkim pechem dla miasta i dla huty było to, że jej właścicielem był Stalexport S.A. z Katowic. Był to stracony okres i jedna wielka tragedia. Byłem świadkiem tego, co ta firma z hutą wyczyniała. To było nieetyczne i zakład został "wydojony" i pozostawiony sam sobie. Rada Miasta musiała wówczas podjąć uchwałę o wykupieniu akcji od Stalexportu. Problemy w KSZO rozpoczęły się od momentu, gdy została podpisana umowa sponsorska z sekcją piłki nożnej i co stanowiło ewenement na skalę światową, po awansie do I ligi firma ją jednostronnie zerwała. Ustalenia między władzami miasta a właścicielami huty były w tym zakresie inne. Następne lata były ratowaniem sytuacji. Kolejnym nieszczęściem dla klubu było to, że wokół niego było za dużo polityki. Zawsze apelowałem do różnych opcji politycznych, aby sport łączył, a nie dzielił. Działacze nie mieli na celu, aby klub szedł do góry, partykularne interesy poszczególnych ugrupowań wzięły górę nad interesem klubu.

- W bieżącym roku KSZO przejął kolejny właściciel. Początkowo wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku, jednak ostatnio znów pojawiły się informacje o problemach finansowych.

- Nie chciałbym się za bardzo na ten temat wypowiadać. Uważam, że prezydent miasta wiedział, co robi i dobrze się stało, że ktoś w ostrowiecką piłkę chciał zainwestować. Jest to wielka rola władz miasta, aby czuwać nad funkcjonowaniem sekcji piłki nożnej, bo w Ostrowcu są duże i dobre tradycje.

- Jak Pan ocenia powstanie Rady Sportu przy prezydencie?

- Złożyłem niegdyś wniosek o jej utworzenie. Uważam, że ta idea została wypaczona, bo miałem na myśli, aby wciągnąć w to jak najwięcej firm i przedsiębiorców prywatnych, którzy byliby niezależni w tej radzie i organizowali środki finansowe na działalność sportową. Stało się inaczej i funkcyjni pracownicy doradzają prezydentowi, jak zarządzać sportem. Uważam to za wielkie nieporozumienie. Każda władza ma to do siebie, że przychodzi i odchodzi, a w mieście jest wielu patriotów, właścicieli firm, którym zależy na funkcjonowaniu sportu w Ostrowcu Św. na wysokim poziomie. Trzeba jedynie chcieć i umieć do nich dotrzeć, a nie uprawiać polityki, bo ta była i jest szkodliwa. Apeluję po raz kolejny - mniej polityki, a więcej współpracy i rozmów.

- Dziękuję za rozmowę.
/Robert Burda/

Podziel się ze znajomymi:
Czytany: 15218 razy,
ostatnio: 2019-09-22 00:36:38
Skomentuj artykuł:
Powrót