Wiadomości z Ostrowca Świętokrzyskiego

Powrót2006-09-18

Pokazuje zapomnianą Polskę

Z aparatem pod ręką

Elżbieta Dzikowska, znana pokoleniom Polaków m.in. z niesłychanie popularnego programu podróżniczego "Pieprz i wanilia", odwiedziła dwa tygodnie temu Ćmielów, gdzie spotkała się z młodzieżą. O swojej pasji podróżowania i poznawania, nie tylko najdalszych zakątków świata, opowiedziała również "Wiadomościom".

Kliknij na ikonę aby powiększyć załącznik
- Razem z mężem Tonym Halikiem podróżowaliście po świecie, kiedy dla większości Polaków wyjazd za granicę był tylko marzeniem. Czuła Pani na sobie ciężar odpowiedzialności pokazania rodakom innych kultur?

- Oczywiście, że tak. Była to zarazem nasza przyjemność, sposób na życie, ale nie na zarabianie pieniędzy. Telewizja w najlepszym przypadku zwracała nam 50 procent kosztów tych podróży. Przez to, że były organizowane dla widzów, wzbogacały nasze życie. Inaczej się przecież ogląda i zwiedza świat turystycznie, a inaczej mając do wykonania konkretne zadanie. Wtedy wchodzi się głębiej, poznaje więcej, widzi się wyraźniej. Były to podróże, które dokładnie przygotowywaliśmy przed wyjazdem, ale ważny był w nich również przypadek.


- W ciągu 20 lat na pewno zdarzyło się wiele nieprzewidzianych sytuacji?

- Mnóstwo. Na przykład podczas naszego pobytu na Gran Canarii, nagle z portu wypłynęła procesja rybaków z wizerunkami Matki Boskiej i świętych. Nie przewidzieliśmy ani tego, ani Bożego Ciała na Teneryfie, kiedy sypano obrazy kolorowymi piaskami z tamtejszej ziemi wulkanicznej. Potem przez ulicę przeszła wspaniała kawalkada wozów ciągniętych przez woły. Na nich pięknie zaaranżowane płody ziemi, wyroby ludowe. Niesamowity nastrój, muzyka i taniec. Trudno byłoby to sobie zaprogramować.


- Ostatnio jednak porzuciła Pani zagraniczne wojaże na rzecz poznawania i opisywania Polski. Skąd pomysł na cykl "Groch i kapusta"?

- "Groch i kapusta" to tytuł swojski, przaśny, bliski nam, podczas gdy "Pieprz i wanilia" było symbolem dalekiego, egzotycznego, obcego świata. Nie zaniechałam podróży po świecie, staram się wciąż odkrywać go dla siebie. W tym roku byłam w Ladaku, czyli podhimalajskiej krainie, zwanej "małym Tybetem", znajdującej się w północno - zachodniej części Indii. Była to podróż fantastyczna, jechaliśmy w cztery osoby. Zrobiliśmy bardzo dużo zdjęć, zwiedzaliśmy klasztory, bo tam są fantastyczne buddyjskie klasztory, takie jak w Tybecie. Utrwaliłam na zdjęciach cudowną panoramę Himalajów. W listopadzie wybieram się do Indonezji i bardzo ciekawego regionu, gdzie tubylcy wciąż jeszcze zachowują swoją tożsamość. Dopóki ona istnieje, chciałabym się z nią zetknąć.


- To są już podróże bardziej prywatne. Zawodowo odkrywa Pani Polskę?

- Tak. Kiedy robiliśmy "Pieprz i wanilię", świat był zamknięty, dlatego był sens, potrzeba i niejako posłanie, żeby go odkrywać. Teraz wszyscy, oby tylko mieli pieniądze, nawet bez paszportu mogą jeździć za granicę i robią to. Natomiast Polska, w moim przekonaniu, została trochę, a może nawet bardzo zaniedbana. Nie ma już wczasów, szkolnych i fabrycznych wycieczek. Wobec tego postanowiłam ją odkrywać. Dla czytelników i dla siebie. Najpierw było 12 programów "Groch i kapusta", potem uznałam, że trwalszym przewodnikiem będzie książka po Polsce. Zaczęłam jeździć i wyszły już trzy tomy. Za drugi dostałam w tym roku nagrodę - Bursztynowego Motyla im. A. Fiedlera. Bardzo się ucieszyłam, bo po raz pierwszy nagrodzona została książka o Polsce.


- W drugim, nagrodzonym tomie, opisuje Pani m.in. region świętokrzyski. Coś szczególnego utkwiło Pani w pamięci? Coś zachwyciło?

- To piękna i ciekawa ziemia. Wszystko mi się podobało i pejzaż, i zabytki, Wąchock, Jaskinia Raj i wszystkie miejscowości, które opisałam. Lubię chodzić, więc zrobiłam sobie wycieczkę po Górach Świętokrzyskich. Chyba największe wrażenie zrobiły na mnie "Krzemionki". Nie ominęłam Ujazdu, Opatowa i Koprzywnicy. Widziałam wszystkie miejsca, które kiedyś zwiedzałam, studiując historię sztuki, bo w czasie wakacji mieliśmy objazdy.


- Ma Pani przy sobie aparat fotograficzny. Czy to znaczy, że również dzisiejsze spotkanie z młodzieżą zostanie udokumentowane?

- Zawsze zabieram ze sobą aparat. Na przykład dziś po drodze do Ćmielowa zrobiłam zdjęcia pięknej starej grzybiarki. Miała 87 lat i czas pięknie, bardzo wyraziście porysował jej twarz. Pogadałyśmy sobie chwilkę. Oprócz zdjęć dokumentalnych robię zdjęcia makro, zbliżając się do natury, wychwytując to, co ciekawe z bliska i przeskalowując te malusieńkie fragmenciki do dużych, dwumetrowych formatów. Pokazywałam już tak świat na korze, wodzie, piasku, z całego świata. Teraz fotografowałam świat na skałach, nawet na błocie, które w połączeniu ze światłem jest niesłychanie fotogeniczne. Poprzez przeskalowanie i patrzenie przez pryzmat sztuki, specyficznie tę naturę obserwuję.


- Możemy się spodziewać czwartego tomu "Grochu i kapusty"? Jaki tym razem region Polski Pani opisze?

- Pochodzę z długowiecznej rodziny, więc tomów będzie jeszcze dużo. Jestem w trakcie przygotowywania czwartego tomu. Kończę zbierać materiały i zimą trzeba będzie przysiąść, by w przyszłym roku się ukazał. Tym razem udałam się na zaniedbany Górny Śląsk, który wydaje się tak nieturystyczny, a jest piękny i ciekawy. Znajdzie się w czwartym tomie razem z Warmią, Opolszczyzną i okolicami Tarnowa, bo tego po prostu jeszcze nie było.


- Ma Pani zamiar odwiedzić Świętokrzyskie ponownie?

- Chętnie bym przyjechała w te okolice, tutaj założyła na kilka dni bazę i zwiedzała. Chciałabym pokazać nie tylko to, co znane, ale i to, o czym ludzie, nawet mieszkańcy, nie zawsze wiedzą.


- Dziękuję za rozmowę.
/A. Śledzińska/

Podziel się ze znajomymi:
Czytany: 13382 razy,
ostatnio: 2019-09-15 16:04:06
Skomentuj artykuł:
Powrót