Wiadomości z Ostrowca Świętokrzyskiego

Szukaj wiadomości:
Wybrane źródło:
Wiadomości Świętokrzyskie


http://www.wiadomoscisw.pl
 

Gazeta działająca na lokalnym rynku od 1999. Serwis internetowy aktualizowany raz w tygodniu. W naszej bazie artykuły od VI.2005.

Szukaj:   Fraza:
 Kategoria: Wszystkie Ostrowiec Sport Powiat / Okolica Kultura / Oświata Relacje / Felietony Wywiady WOŚP O-c  Źródło: Wszystkie Wiadomości Św. KSZO.Info Urząd Miasta Echo Dnia Portal Miejski Gazeta Ostrowiecka AZS WSBiP KSZO O-c MOSiR O-c Inne
Ostatnio komentowane:
Powrót
2006-05-08 13:06:47

Życie na ostrym dyżurze

Danuta Barańska: "Chyba się do tego nadaję"

Od 24 lat ratuje ludzkie życie. Przeszła ścieżkę zawodową od zwykłego asystenta do zastępcy kierownika ds. medycznych w pogotowiu ratunkowym. Wielu pacjentów, zawałowcy czy ofiary wypadków komunikacyjnych, nie pamięta twarzy ludzi, którym zawdzięcza pomoc, zdrowie i życie. A jednak już po raz trzeci wyróżniło doktor Danutę Barańską tytułem "Lekarza Roku" w powiecie ostrowieckim.

Zdjęcia/załączniki do artykułu:

Kliknij na ikonę aby powiększyć załącznik

- Proszę powiedzieć jak się zostaje trzy razy z rzędu lekarzem roku?

- To bardzo trudne pytanie. Nie wiem, po prostu nim zostałam. Po dwóch poprzednich latach pacjenci często pytali mnie, czy będę startowała w następnym roku. Miałam nie startować, ale czułam się niejako zobligowana namowami pacjentów, moich pracowników i ich rodzin, których również leczę. Stało się jak się stało.


- Głosowało na Panią bez mała 1500 osób. Takiej sympatii nie zdobywa się z dnia na dzień.

- Jestem tym bardzo mile zaskoczona. Chcę podziękować przede wszystkim pacjentom, bo bez nich moja praca nie miałaby sensu - zawsze to powtarzam i będę powtarzać, dopóki będę pracować w tym zawodzie, a więc pewnie do emerytury. Podczas rozstrzygnięcia plebiscytu byłam naprawdę zaskoczona, bo pewnych rzeczy nie da się przewidzieć. Oczywiście myślałam o tym, że może znowu wygram, ale nie nastawiałam się na to. W tym roku wyróżnienie było o tyle większe, że nie było to już wybieranie tylko spośród lekarzy centrum ratownictwa, ale ogólnie.


- No właśnie. Może Pani mówić o dużym sukcesie, pokonała przecież nie tylko swoich kolegów z pogotowia, ale wszystkich ostrowieckich lekarzy...

- Nie wiem skąd to się wzięło. Może stąd, że pracuję cały czas w jednej firmie, już od 24 lat. Często słyszę uczestnicząc w szkoleniach, że w takich jednostkach jak ratownictwo rzadko pracują kobiety, a już na pewno nie tak długo. Czasami koledzy są zdziwieni, że ja, kobieta, trwam tak długo w jednym miejscu.


- Jak pani trafiła do pogotowia ratunkowego, gdzie nie ma czasu na żadną inną pracę? Mogła pani przecież spokojnie leczyć w przychodni, otworzyć własną praktykę, zarabiać

o wiele więcej.

- Nie wszystko w życiu robimy dla pieniędzy i o tym świadczy moje przebywanie tutaj przez cały czas. Zrobiłam specjalizację I stopnia z chorób wewnętrznych i II z medycyny ogólnej, bo uważałam, że w mojej pracy jest to właśnie najbardziej przydatne. Teraz też cały czas kształcę się w kierunku medycyny ratunkowej i zarządzania ochroną zdrowia. Niektórzy twierdzą, że pogotowie to najgorsze miejsce pracy jakie może być dla lekarza. Ja tak nie uważam. To pierwszy kontakt z pacjentem. Trzeba się wykazać, zostawić po sobie dobre wrażenie, bo często już się do tego pacjenta nie wraca. Pracowałam krótko w przychodni i szpitalu. Do pogotowia namówił mnie kolega, pokazał wszystko. Po stażu wylądowałam tutaj i po miesiącu stwierdziłam, że chyba jednak zostanę. Niektórzy mi odradzali twierdząc, że jest to praca za ciężka dla kobiety. Faktycznie jest trudna. Chociaż nie przyjmuje się wielu pacjentów na dobę, wymaga wielkiej odpowiedzialności i umiejętności współpracy z zespołem. Musimy wiedzieć, że możemy na siebie liczyć, mieć do siebie zaufanie. Przez te 24 lata pracowałam z różnymi ludźmi i wydaje mi się, że jestem osobą, która potrafi współpracować.


- Lekarz pogotowia ratunkowego dowozi pacjenta do szpitala i najczęściej nie ma już

z nim kontaktu. Jak w taki sposób udaje się zapisać w pamięci chorych? Czy zdarza się, że pacjenci dzwonią, by podziękować za uratowanie życia, pytają komu je zawdzięczają?

- Zdarzają się przypadki, że dzwonią rodziny albo sami pacjenci. Ja również odebrałam trochę takich telefonów. Ludzie dzwonią, dziękują. Przekazują życzenia świąteczne. Mamy takich pacjentów, którzy korzystają z naszych usług regularnie. Mówią, że nie wyobrażają sobie, żeby tej firmy nie było, bo nam zawdzięczają swoje zdrowie i życie. W czasach, gdy tak źle się mówi o służbie zdrowia, takie słowa są bardzo miłe, podbudowują i motywują.


- Spośród chyba już tysięcy wyjazdów, w których brała Pani udział są takie, które szczególnie utkwiły w pamięci?

- Pamiętam wiele wyjazdów, ale staram się nie zapamiętywać żadnych szczególnie. Kiedyś wyciągnęliśmy pacjentkę ze studni, na szczęście nic groźnego jej się nie stało. Jeden z pierwszych wyjazdów miałam do kobiety, która się słabo poczuła. Na miejscu okazało się, że jest w ciąży i właśnie zaczął się poród. Kilka lat temu również pojechaliśmy "erką" do porodu. Odebrałam go w domu. Potem pacjentka była u mnie, żeby pochwalić się córeczką. Nawet prosiła mnie na chrzestną, ale wtedy nie mogłam się zgodzić. Zdarzają się też smutne wyjazdy, jesteśmy przecież świadkami śmierci, przyjeżdżamy do ofiar wypadków drogowych.


- Przeżywa Pani takie właśnie wyjazdy, kiedy są ofiary, którym już nie da się pomóc?

- Nie da się nie przeżywać. Niektórzy twierdzą, że po jakimś czasie można się przyzwyczaić, ale to nieprawda. Nie chodzi tylko o ofiary śmiertelne. Każdy pacjent jest osobą, każdego boli inaczej i inaczej to wszystko przeżywa. Nie ma dwóch takich samych wypadków, dwóch takich samych zawałów. Do pacjenta trzeba dotrzeć, bo od współpracy bardzo często zależy trafna diagnoza. Jeśli umie się z pacjentem rozmawiać, to on może bardzo dużo powiedzieć, zasygnalizować swoje dolegliwości.


- Czy jadąc do wypadku, wiedząc, że są tam ofiary którym trzeba pomóc, jest Pani w stanie "wyłączyć" wrażliwość i na chłodno analizować sytuację?

- Wszystko zależy od sytuacji. Jeżeli jest to wypadek drogowy, z udziałem kilku samochodów, nie jestem w stanie powiedzieć, jakie pojazdy brały w nim udział, widzę tylko pacjentów. Trzeba szybko analizować, kto jest w najcięższym stanie, komu pomóc najpierw, a w międzyczasie wezwać drugi zespół i pokierować ludźmi. W takich sytuacjach nie myślę co robię, czy muszę wejść na samochód i z góry udzielić pomocy. Po prostu robię to automatycznie. Myślę o tym, że tam leży pacjent, krew mu się leje i trzeba mu szybciutko pomóc. Chwile zastanowienia są tylko w przypadku niebezpieczeństwa. Jeżeli jedziemy do pożaru, nie wejdziemy do budynku, dopóki teren nie będzie zabezpieczony. Nie pchamy się, tylko czekamy cierpliwie. Takie są zasady w ratownictwie. Nikomu nie pomożemy, jeśli nam się coś stanie. Czasami czekamy na inne służby. Kiedy nie da się wyjąć pacjenta z samochodu, staramy się pomóc mu doraźnie i czekamy na strażaków, żeby mu bardziej nie zaszkodzić. Trochę się pod tym względem zmieniło w ratownictwie. Współpracujemy ze strażą pożarną, która jest teraz bardzo dobrze wyszkolona.


- Na pewno zdarzają się również sytuacje wymagające od was zimnej krwi i sprawności fizycznej...

- Niedawno był taki wypadek. Musiałam wejść na maskę samochodu, którego dach był zupełnie ścięty, żeby pomóc pacjentowi. Weszłam szybko, ale potem musieli mnie ściągać. Czasami w hucie zdarzają się wypadki na wysokościach i musimy się dostać do pacjenta. Niestety, mam lęk wysokości. Mogę wchodzić wysoko, ale nie mogę widzieć co mam pod sobą. Jeżeli coś się dzieje i trzeba wejść, to wchodzę. Dopiero potem jest problem z zejściem, kiedy wiem, że pacjent jest już bezpieczny. Kiedyś mieliśmy przypadek mężczyzny, który wpadł traktorem do rzeki czy stawu. To była zima, strażacy wyciągali pojazd a my staraliśmy się dostać do kierowcy. Okazało się, że był w domu. Nietrzeźwy spowodował wypadek i uciekł.


- W stacji pogotowia ratunkowego spędzacie nierzadko całe doby...

- To nasz drugi dom. W tej chwili pracujemy więcej, bo mamy trochę mniej lekarzy. Staram się jednak uczulać kolegów żeby nie narzekali, że jesteśmy przeciążeni pracą. Nie każdy pacjent to zrozumie. Trzeba zostawić swoje sprawy, problemy, często zmęczenie i pomóc temu, kto przyjechał w środku nocy z bólem. A wdzięczność pacjenta jest nagrodą za to wszystko.


- Sprawuje Pani również opiekę nad stażystami i praktykantami, którzy dopiero uczą się medycyny. Co stara się Pani im przekazać?

- Nowe pokolenie jest troszeczkę inne niż my. Staram się uczulać ich, że mają do czynienia z ludźmi, że oprócz tego, że są lub będą lekarzami z wykształcenia, to muszą sami być ludźmi. Studia dają wykształcenie zawodowe, ale niezależnie od tego trzeba być sobą. Szczególnie w naszym zawodzie jest to ważne. Jeśli się tego nie rozumie, nie powinno się go wybierać. Ja traktuję wszystkich jednakowo. Pacjent to pacjent. Jeżeli jest w ciężkim stanie to siadam z tyłu karetki i razem z kolegami pilnuję, by miał wszystko co potrzeba. Staram się załatwić wszystko jak najlepiej. Czasami pacjenci czują się zażenowani kiedy pytam o ich zarobki. Wtedy wyjaśniam, że chodzi o to, jaki wypisać lek. Trzeba się czasami zastanowić czy wypisać szybko działający, drogi, którego chory nie wykupi, czy tańszy, może wymagający dłuższego leczenia, ale na który będzie go stać. Młodzi lekarze często chcą osiągnąć efekt natychmiast, nie patrząc na koszty.


- Jakie w takim razie warunki trzeba spełniać, by móc pracować jako lekarz pogotowia?

- Trzeba być cierpliwym, ciepłym, mieć dobry kontakt z ludźmi i umieć współpracować z zespołem. Tutaj liczą się minuty. Samemu nie zrobi się wszystkiego, choćby nie wiem jak człowiek był wyedukowany. Co najważniejsze, trzeba to lubić. Nie radzę pracować tutaj nie czując, że to jest to. To bardzo ciężka praca i nie da się jej "odwalić". Nie wolno się również bać. Oczywiście mając świadomość odpowiedzialności, jaka na nas spoczywa, zawsze mamy małe obawy. Jednak lekarz nie może się bać udzielić pomocy.


- Czy świadomość, że uratowało się czyjeś życie można porównać do jakiegoś innego uczucia?

- Nie. To jest uczucie nieporównywalne.


- Ma Pani dorosłego syna, podejrzewam, że bardzo często nie było Pani w domu, w czasie gdy dorastał. Czy nigdy nie negował Pani zaangażowania w pracę?

- Faktycznie w domu często mnie nie było. Syn nie poszedł w moje ślady, ale często powtarza "Mamo ty się do tego nadajesz". Był tutaj podczas Wigilii kiedy składaliśmy sobie życzenia i widział, ile ta praca dla mnie znaczy. Zawsze powtarzam, że to co osiągnęłam, również te tytuły, to zasługa moich pracowników, mojego kierownictwa i dyrekcji w Kielcach. Oni też są zadowoleni, że zostałam "Lekarzem Roku". Docenili to, otrzymałam gratulacje. To wszystko świadczy o tym, że mój wybór był dobry i gdybym miała wybierać jeszcze raz, to też bym przyszła do pracy w pogotowiu. Mam szczęście, bo wstając rano, nawet po wielogodzinnym dyżurze, cieszę się że idę do pracy, którą lubię. Wiem, że należę do uprzywilejowanej grupy ludzi, którzy mogą powiedzieć, że praca sprawia im prawdziwą przyjemność.


- Dziękuję za rozmowę.

/Anna Śledzińska/

Podziel się nim ze znajomymi:

Czytany: 12589 razy,
ostatnio: 2019-03-25 11:41:36

Skomentuj ten artykuł:

Komentarze:

  ~
   
Jeszcze nikt się nie wypowiedział na ten temat.

Powrót

Strona główna  ·  Aktualności  ·  Rozrywka  ·  Turystyka  ·  Komunikacja  ·  Gospodarka  ·  O Ostrowcu  ·  Użytkownicy  ·  Kontakt

Osób online: 256       © 99-2017 MAcSi & Redakcja       Nasze domeny: Ostrowiec Świętokrzyski · Ostrowiec Św. · Naprawa zderzaków

Uwaga! Nasza strona stosuje pliki cookies w celu zapewnienia poprawnego funkcjonowania serwisu i korzystania z naszych usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz te ustawienia zmienić wykorzystyjąc odpowiednie funkcje przeglądarki. Zamknij